Rozdziały w filmie:
0:00 O czym w tym odcinku?
0:20 Witam się i przedstawiam
0:45 Wprowadzenie do tematu obiecywania samemu sobie
1:01 Poszukiwanie sposobów na dotrzymywania postanowień
2:06 Obiecanki cacanki
2:43 Krzewiciel Niechcemisizmu
3:04 Przechytrzyć Krzewiciela Niechcemisizmu
5:30 Silne emocje
11:00 Ciekawość i eksperymenty
15:22 Metoda małych kroków
18:01 Trackery
20:31 Powiedzenie komuś o swoim postanowieniu
22:24 Umowa z samą/ym sobą…na piśmie 🙂
25:55 Pytania do Ciebie ode mnie
26:20 Refleksje o poczuciu sprawczości
27:16 Zaproszenia, podziękowania i papatki 🙂
Transkrypcja odcinka:
(początek-zajawka)
Dziś będzie o obietnicach dawanych sobie. I o tym, że – parafrazując – nikt nam tyle nie da, co sami sobie naobiecujemy.
[plansze tytułowe]
„Po Drodze”
…by Anna
Cześć, nazywam się Ania, a to jest kanał „Po Drodze” – o tym, co w życiu spotyka nas wszystkich po drodze. A akurat tutaj troszkę subiektywnie, co spotyka mnie po drodze. Jakkolwiek możecie się z tym utożsamiać, bo wszyscy jesteśmy ludźmi i przechodzimy przez wiele bardzo podobnych sytuacji – podobnych lub pokrewnych.
Dzisiaj chciałabym się zastanowić nad tym, jakie są najskuteczniejsze metody „dowożenia” w przypadku obiecywania sobie różnych rzeczy. Czyli tak zwane postanowienia.
Nie wiem jak wy, ja testowałam na sobie całkiem sporo metod, bo już trochę żyję na tym świecie. I jak najbardziej szukałam sposobów i sposobików. Bo z jednej strony, co prawda, jestem uparciuchem i gdy się na coś naprawdę uprę, to klękajcie narody i nic mnie nie powstrzyma. Ale z drugiej strony… siedzi we mnie taki leń, który sprawia, że jak tylko nie muszę, to palcem nie kiwnę.
No cóż, przyznaję, jestem leniwa, bywam leniwa, ale jak trzeba, no to się pozbieram w sobie i… no… znajdę tę energię, żeby ruszyć z miejsca.
Ruszyć z miejsca – to jedno.
Ale wytrwać – to już jest inna para kaloszy.
(głośno się zastanawia) Ale kolejną parą kaloszy w sumie jest to, że jeśli okazuje się, że brniemy w ślepy zaułek, to też umiejętnością jest sobie odpuścić i zmienić… i zmienić kierunek (śmiech)
No to jak to mamy jako ludzie?
– Od jutra trzymam dietę!
-Kurczę… może… może pojutrze?
-No dobra – od poniedziałku! Od poniedziałku będę ćwiczyć!
…nooo… żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce….
-No dobra, od nowego miesiąca! a po chwili:
-Nowy Rok – nowa ja!
…przez pierwsze trzy dni.
(śmiech)
Znamy to, nie? (śmiech) – Ja też znam.
Nie wiem jak wam, ale mnie najtrudniej jest zacząć. Ruszyć z miejsca. Wyjść z domu. Czasami przechytrzyć w tym siebie i zacząć robić to, na co się sami ze sobą umówiliśmy.
Nie wiem jak ty, ale ja mam w głowie takiego Krzewiciela Niechcemisizmu:
-A pooosiedź jeszcze trochę
-A nieeee rób tego dzisiaj
-A taki fajny ten kocyk, taki cieplutki – no po co będziesz się ruszać?
-Jutro pójdziesz, jutro też jest dzień.
(Plansza Rozdział #1 – Przechytrzyć Krzewiciela Niechcemisizmu)
Pamiętam kiedyś, dawno temu, gdy bardzo chciałam zacząć biegać. Znalazłam na tego Krzewiciela Niechcemisizmu całkiem fajną metodę.
Otóż wybrałam sobie akurat wtedy taki serial – swój ulubiony, który oglądałam zaraz po pracy. I postanowiłam w pewnym momencie, że jeszcze w trakcie tego serialu, tam pod koniec, to ja już będę się ubierać powoli. I przygotowywać sobie rzeczy. To nie było wtedy VOD, tylko ja oglądałam to w telewizji, więc to była określona godzina. I gdy tylko pojawiały się napisy – to ja już byłam gotowa. I zanim moja mózgownica zorientowała się co się dzieje, to ja już byłam na dworze z muzyką na uszach i już truchtałam. I wtedy okazało się to bardzo dobrym narzędziem, żeby zmylić samego siebie, tego lenia w sobie i zacząć faktycznie to robić. Muszę przyznać, że to naprawdę wtedy działało.
Przypuszczalnie, gdybym była porannym biegaczem, to być może bym sobie robiła tak, że wcześniej wstaję i jeszcze zanim mózg by się w ogóle obudził, to ja już bym była ubrana i już bym już bym wychodziła na dwór z muzyczką na uszach, i już była zwarta i gotowa. A a mózg by jeszcze się budził tak do końca, nie wiedziałby co się dzieje i w ten sposób też by można było go przechytrzyć. No ale ja akurat nie jestem porannym biegaczem. To to nie jest mój peak możliwości fizycznych, więc to zawsze były godziny popołudniowe wówczas.
Natomiast co do samego wyjścia z domu – od Niechcemisizmu wyleczyła mnie bardzo skutecznie moja piesa, gdy się pojawiła w moim życiu. No i w tym momencie co najmniej ileś-tam-razy na dzień (lub noc), niezależnie od wszystkiego, niezależnie od pory, niezależnie od pogody, czy wieje, leje, czy jest mróz, czy ja jestem chora, czy zdrowa – po prostu muszę się ubrać i wyjść na dwór. To w sumie jest nawet fajna metoda na hartowanie się, gdy na przykład przychodzi jesień, zima i rzeczywiście w każdych warunkach człowiek musi wyjść. Nooo… to naprawdę robi robotę.
(Plansza Rozdział #2 – Silne emocje)
Rozdział drugi. Silne emocje.
W silnych emocjach możemy się znaleźć, gdy na przykład wkurzymy się na siebie samych. Albo wystraszymy się… nie wiem… na przykład wyników badań. I wtedy jest takie olśnienie, że muszę coś zrobić.
Akurat przy wkurzeniu energia jest faktycznie duża i gdy się ją skanalizuje na zrobienie czegoś sensownego, to pomaga to zarówno na tego „wnerwa”, jak i na powodzenie przedsięwzięcia.
Pamiętam jak parę lat temu pewni lekarze – dwóch ich było – wpakowali mnie na kilka lat w strach. W ogromny strach, że dzieje mi się coś poważnego. Rzucili mnie w spiralę badań, leczenia i ogromnego strachu o moje zdrowie. Nie wchodząc w szczegóły, na tapecie były ewentualne zmiany nowotworowe. Wszystko sugerowało możliwość obecności guza w głowie, jego rozrostu i takich różnych nieprzyjemnych perypetii.
(w tle pojawia się napis z wyjaśnieniem: „*Podejrzenia były błędne, a stres i >>leczenie<< – niepotrzebne i szkodliwe”)
No i straszliwie się wtedy bałam.
Jednocześnie, gdzieś w podobnym czasie, trafiłam na podcast doktor Joasi Wojsiat, gdzie opowiadała o tym, jak cukier wpływa na organizm ludzki. I że cukier, którym dosładzamy – ten cukier rafinowany – jest świetną pożywką dla nowotworów. No i… sobie to tak dodałam jeden do jednego i wyszło mi, że no okej, to…
… trudno mi się o tym mówi…
Postanowiłam, że rzucam cukier, bo nie mam absolutnie zamiaru żywić jakichkolwiek nowotworów w moim ciele: istniejących, potencjalnych, żadnych.
W ten oto sposób tych cukrów prostych nie jadałam przez 13 miesięcy. Ale to tak serio-serio trzymałam się tego. Węglowodany złożone – tak, ale cukrów prostych – nie.
Aczkolwiek okazało się później, że chyba jednak mój organizm nie lubi takich dekompensacji żywieniowych, bo po tych 13 miesiącach bez cukrów prostych, jak zbadałam sobie (przez przypadek zupełnie), miałam robione badanie między innymi trójglicerydów, okazało się, że mi wystrzeliły tak w kosmos, że ja w życiu nie miałam takiego takiego poziomu trójglicerydów. I to było bardzo ciekawe, bo …(lekarzem nie jestem ani chemikiem) …z tego co wiem, to na poziom trójglicerydów wpływa właśnie spożycie cukrów. Zbyt dużej ilości cukrów. A ja nie jedząc cukrów prostych wcale (śmiech) – dorobiłam się takiego poziomu trójglicerydów, że aż się zdziwiliśmy wszyscy, włącznie z lekarzami.
No i wtedy, gdy mi tak wystrzeliły te trójglicerydy w górę, doszłam do wniosku, że mój organizm po prostu chyba nie lubi takich zmian. Takich dysproporcji. Takiego całkowitego obcinania jakichś składników pokarmowych, do których jestem przyzwyczajona od zawsze. No i wróciłam normalnie do spożywania również tych cukrów prostych. Oczywiście okazało się też w międzyczasie, że ten 13-miesięczny post całkowity, poskutkował takim zaburzeniem relacji z tymi słodkościami. I wtedy zaczęłam się wręcz z powrotem obżerać. No i trochę później czasu zajęło, zanim sobie to wyregulowałam, żeby jednocześnie móc to jeść, ale żeby robić to z głową. A nie rzucać się na to jak…
(mówi do siebie)… szczerbaty na suchary?…
Mmmmniejsza z tym…
(powrót do wątku)
Mogę powiedzieć, że takie diety eliminacyjne, to chyba nie jest najlepszy pomysł. Jakkolwiek od bardzo wielu lat, właściwie odkąd miałam lat 15, nie jadam mięsa. I choć próbowałam w ostatnich latach wrócić do tego, mój żołądek totalnie to odrzuca i… no i kończyło się to po prostu rozstrojem żołądka. Od razu dla jasności dodam, że przestałam jeść to mięso – i tylko mięso – bo się zraziłam. Nie pytajcie dlaczego. Nie będę tego póki co opowiadać. Może kiedyś. I w związku z tym – tylko mięsa nie jem. Ale całą resztę, jajka, nabiał, te rzeczy bez problemu sobie jem. Więc mam nadzieję, że aż takich strasznie wielkich niedoborów no raczej sobie nie wytworzę.
(Plansza Rozdział #3 – Ciekawość i eksperymenty)
Rozdział trzeci – ciekawość.
Jest taki typ ludzi, jak ja, którzy bardzo lubią sobie przeprowadzać różne eksperymenty na sobie. Lubię przeprowadzać pewne eksperymenty na sobie i obserwować co się dalej wydarzy.
W tej historii zacznę od tego, że nigdy w życiu nie paliłam. No i kiedyś z moją najbliższą przyjaciółką tak sobie rozmawiałyśmy właśnie o tym, jak ludzie palą, ile to pieniędzy musi kosztować, że to jest takie… no… przepalanie kasy.
No i… pewnego dnia tak sobie pomyślałam, że założę sobie osobne konto w banku, na które będę regularnie przelewać równowartość – no powiedzmy – jednej paczki dziennie. Ja wiem, że niektórzy ludzie palą po dwie. Czasami tam przelewałam trochę więcej, ale rzeczywiście starałam się, żeby to była jedna paczka dziennie. I chciałam zobaczyć ile mi się tak uzbiera. Jak człowiek to zobaczy i wie, że to ma na tym koncie, to jakoś tak – nie wiem jak wam – ale do mojej wyobraźni to po prostu lepiej przemawia. I tak jakoś po mniej więcej półtora roku, czy może z kawałkiem jeszcze… coś koło tego, gdy przyszedł czas mojej przeprowadzki do nowego mieszkania – okazało się, że za to, co ja tam nazbierałam, to ja mogłam sobie wyposażyć całe mieszkanie.
Nie w jakieś super drogie meble czy sprzęt AGD. Takie podstawowe zupełnie, ale wyposażyłam sobie całe mieszkanie w nowe meble, nowe AGD, wyposażenie, wszystko. Akurat wtedy miałam takie marzenie, taki plan wynikający z różnych perturbacji życiowych, że w tym mieszkaniu chcę zacząć od nowa i chcę mieć po prostu wszystko nowe, nie chcę niczego ciągnąć za sobą. Tak, takie było moje postanowienie na tamten moment.
I okazało się, że środki zebrane za moje niepalenie – zresztą tak nazwałam to konto, moje niepalenie – więc za te wszystkie środki bezproblemowo sobie urządziłam dom.
Tu muszę zaznaczyć, że to jeszcze było przed wielką inflacją w ’22 roku. To był rok ’20, więc wszystko było na czas. Na szczęście…
Kolejny eksperyment, któremu się w tej chwili poddaję, a rozpoczęłam go pod koniec grudnia zeszłego roku, to pozwolenie moim włosom naturalnie sobie rosnąć. Bez jakiejkolwiek koloryzacji, poprawiania i tak dalej. I chcę zobaczyć, czym matka natura mnie zaskoczy. Bo ja wiem, że ja będę miała tutaj siwe i już mam dużo siwego, ale chciałabym zobaczyć jaki to będzie siwy na dłuższą metę, gdy one faktycznie odrosną w całości. Tak, że to, co tutaj widzisz, to nie jest zaniedbanie, tylko to jest planowe działanie. A właściwie niedziałanie. Zaniechanie jakiegokolwiek już działania. I być może pogodzenie się z tym, że… no… latka lecą.
Zaczynam godzić się z upływem lat, z moim wiekiem. Wiem, że nie będę coraz piękniejsza i młodsza. Nigdy nie byłam idealna. Ja nigdy nie byłam jakąś klasyczną pięknością. Wiecie, że wielu ludzi twierdzi na przykład, że dana osoba jest piękna, tak obiektywnie. Yyy, no nie…
Być może już jest ten czas, kiedy mogę jakoś zaakceptować ten fakt, że będę siwa, pomarszczona, (śmiech) będę coraz starsza. Czasu nikt nie zatrzymał jeszcze – i cóż, trzeba się pogodzić z tym, że się starzejemy.
I w zasadzie ciekawa sytuacja, ciekawe zjawisko. Bo dotychczas, jak widziałam odrost, taki malutki – bo ja teraz mam duży – to zaraz sobie myślałam: „Ojejku, trzeba coś z tym zrobić, jaka… taka zaniedbana wyglądam”. A teraz, gdy podjęłam decyzję, że chcę swoim włosom pozwolić naturalnie rosnąć, to patrzę na te zmiany z wielkim zaciekawieniem. Z wielkim zaciekawieniem, czym matka natura mnie obdarowała – na mój aktualny wiek.
(głośno myśli) …w sumie zafarbować zawsze można, nie?… (śmiech)
(Plansza Rozdział #4 – Metoda małych kroków)
Metoda małych kroków, czyli metoda ewolucji – zamiast wielkiej rewolucji. Zamiast zmiany wszystkiego na raz.
Dzisiaj wypiję więcej wody, jutro zamiast trzech kaw z mlekiem – wypiję na przykład dwie kawy z mlekiem i zaraz kaloryczność zejdzie.
Dzisiaj pójdę na spacer, krótki – nie muszę od razu biegać.
Albo na przykład zrobię pięciominutowe ćwiczenia.
Albo – jeśli nawet z tym mam kłopot – to rozłożę matę. W domu. A skoro ona już sobie leży, to się mogę położyć na niej, zamiast na kanapie. A skoro już leżę na macie, to mogę zrobić ze dwa ćwiczenia, prawda?
I tak to się zaczyna.
A po chwili okazuje się, że zamiast dwóch ćwiczeń na krzyż, na przykład sobie poćwiczyliśmy przez 10 minut.
Jest zmiana? – Jest zmiana.
Myślę, że ta metoda ewolucji – powolnej, stopniowej, małymi kroczkami – przynosi dużo trwalsze efekty, niż taka wielka rewolucja, że nagle: wrzucam drastyczną dietę, ruszam się, trenuję, gdzieś tam biegam, coś tam robię, uczę się pięciu języków na raz i nagle… brakuje mi sił.
Lepiej powolutku, a pewnie.
Być może idąc z psem na spacer, mijam jakiś placyk do street workout i – nie wiem – zrobię parę ćwiczeń na drążku?
Albo idę sobie gdzieś po parku, patrzę, jest ławeczka – może o tę ławeczkę zrobię dwie pompki?
Czemu nie?
Myślę, że właśnie ewolucja pozwala nam na mniejszy wysiłek na samym starcie i zwiększa prawdopodobieństwo tego, że się uda. Bo powoduje mniejsze tarcie – na starcie.
(mówi do siebie) „Mniejsze tarcie na starcie”. Byłabym poeta. (śmiech) Okej.
A kto powiedział, że jak idę biegać, to muszę od razu zrobić „piątkę”? W sensie 5 kilometrów? A może mogę zrobić 200 metrów i też będzie w porządku?
A może wcale nie pójdę biegać, tylko wyprowadzę na spacer buty?
Na przykład nie mam psa, to może psa nie wyprowadzę, ale może wyprowadzę… kije do Nordic Walking?
To już jest jednak coś, nie?
(Plansza Rozdział #5 – Trackery)
Trackery i śledzenie postępów.
U mnie średnio to działa. Zwłaszcza gdy to są jakieś takie aplikacje, w których się odhacza kolejne dni i tworzy się z tego seria. I nagle okazuje się, że… no… nie mogę przerwać, bo mi się seria przerwie – ojej! …Jak to paskudnie wpływa na głowę… To nie są dobre trackery, moim zdaniem. Być może ktoś z was ma inne zdanie na ten temat, to może podzieli się swoimi przemyśleniami na ten temat w komentarzu poniżej. Ale na mnie trackery kiepsko działają.
Ja z kolei na przykład lubię dzienniki. Dzienniki i takie luźne zapiski na temat tego, co się robiło. I wtedy to jest takie… wtedy czuję mniejszą presję.
Oprócz tego używam zegarka sportowego. Natomiast na przykład gdy idę na spacer, taki luźny spacer, a nawet gdy jestem na treningu, bardzo często – zamiast patrzeć tutaj na te wszystkie wykresy i mieć je włączone – to ja przełączam na ekran, na którym jest wyłącznie godzina. Pora dnia. I to mi wystarcza. I wówczas już presja sobie idzie pa pa, ja troszkę bardziej uczę się odczuwać własne ciało. Oczywiście później mogę sobie sprawdzić, co tam słychać w wykresach, jaka jest moja wydolność, jakie jest obciążenie treningowe i czy spałam lepiej czy gorzej. Natomiast nie czynię trackerów jakimiś takimi wyroczniami i nie chciałabym, żeby mi towarzyszyły non stop. Nie chciałabym być pod presją trackerów.
Wiem, że niektórzy ludzie na przykład używają takich aplikacji do nauki języków – i tam też właśnie są takie ciągi nauki. I też właśnie nie bardzo chcą przerywać ten ciąg. Ja z kolei miałam też coś takiego z aplikacją, w której sobie ustawiłam cel pod tytułem: „nie jem cukrów prostych” i odhaczałam codziennie, codziennie… codziennie… I później, nawet gdy była jakaś okazja, szłam na jakieś urodziny, albo jakieś spotkanie – spokojnie bym mogła sobie coś słodkiego zamówić, zjeść – a tymczasem ja sobie tak myślałam: „ojejku, tam mi się przerwie ten ciąg!”
To jest chyba trochę niezdrowe, nie?
Tak sądzę…
(Plansza Rozdział #6 – Powiedzenie komuś o swoim postanowieniu)
Kolejna metoda, czyli powiedzenie komuś o swoim planie czy postanowieniu.
Ta metoda u mnie też kompletnie nie działa. A to z tego powodu, że mam takie wrażenie, że dopóki to postanowienie sobie siedzi we mnie, to mam dużo więcej takiego samozaparcia, chęci, energii do tego, żeby rozpocząć. Natomiast gdy ja już komuś o tym opowiem, to ta energia wyrzucona na opowiedzenie tego temu komuś sprawia, że nagle mam mniej energii, żeby działać. To tak jakby cała para szła w gwizdek.
I to jest kompletnie bez sensu.
Bo w sumie bez sensu jest taki wydatek energii na gadanie o tym, co ja chcę robić. No nie… jak dla mnie powiedzenie komuś o tym, co mam w planach – kompletnie nie działa.
Natomiast takim drugim aspektem przy mówieniu komuś o tym, co ja planuję i co ja sobie obiecuję, jakie mam postanowienie – to jest tak, jakby poszukiwanie motywacji zewnętrznej. A motywacja zewnętrzna w postaci znajomego, który będzie… nie wiem… w roli strażnika tego postanowienia? No… trochę głupie, nie?
Motywacja wewnętrzna działa dużo lepiej, a właściwie taka potrzeba wewnętrzna, żeby coś zrobić, coś zmienić i znaleźć te siły w sobie i tę konsekwencję, która jest niezbędna do tego. A ponadto takie przekonanie wewnętrzne. Silne przekonanie, że to co ja sobie postanowiłam, to ja naprawdę chcę to zrobić dla siebie i że to jest słuszne z mojego punktu widzenia. Dla mnie.
(Plansza Rozdział #7 – Umowa z samą/-ym sobą …pisemna =) )
Ostatni punkt, czyli umowa z samym sobą na piśmie.
Tak. Tak.
Umowa pisemna z samym sobą, samą sobą.
U mnie coś takiego jest totalną rzadkością. Czasami w swoim dzienniku sobie wpisuje, że chciałabym to, to i to, albo już więcej nie będę robić tego i tego. No siłę rażenia to ma taką średnią, bo w sumie dziennik jest po to, żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale, emocje, radości, frustracje, whatever. I takie obiecywanie sobie czy komukolwiek w emocjach, no nie jest najlepszym pomysłem (śmiech) …tak generalnie…
Niemniej jednak mam taką jedną umowę na piśmie, spisaną z samą sobą. Spisałam tę umowę już sporo czasu temu. Przyszło to do mnie po wielu różnych perturbacjach życiowych w relacjach – i akurat ta umowa dotyczy moich relacji damsko-męskich ewentualnie.
Umowa jest spisana na jednej kartce, osobnej, wpięta do specjalnego segregatora, gdzie trzymam rzeczy ważne – i czasami do niej wracam.
A cóż to za umowa?
To moje standardy odnośnie wchodzenia w jakiekolwiek ewentualne relacje damsko-męskie, romantyczne. Umowa zawiera pięć punktów. To jest pięć wytycznych dla mnie. Takie podstawy podstaw, które muszą zostać spełnione, abym ja zdecydowała się wejść w jakąkolwiek ewentualną relację damsko-męską, o charakterze romantycznym.
I nie, w tej umowie nie ma nic o tym, że nie wiem… mężczyzna ma mieć metr osiemdziesiąt wzrostu i mieć brązowe oczy, albo czarne włosy, czy coś tam. Nie. To są raczej takie rzeczy, które świadczą o człowieku. O jego podejściu do świata, ludzi, zwierząt i tak dalej.
Dziś bardzo cieszę się z tego, że sobie kiedyś spisałam tę umowę, bo za każdym razem, gdy do niej wracam, dochodzę do wniosku, że w sumie jest kompletna. Nic bym do niej nie dopisała, nic bym tam nie ujęła. I rzeczywiście daje mi podstawę do tego, żeby faktycznie zastanowić się, czy ta konkretna osoba jest dla mnie.
…No jak dotąd nie było takiej osoby, (śmiech) bo nadal jestem singielką… (śmiech)
Myślę, że ta konkretna umowa wiele ułatwia, gdy człowiek jest akurat niesiony emocjami, zalany tą całą miksturą chemiczną. I tak trochę to ściąga na ziemię. Trochę ściąga na ziemię i daje podstawę do przemyślenia jeszcze raz, czy jestem na dobrej drodze, która mnie może zaprowadzić do szczęśliwego finału, czy może jestem na ścieżce, która mnie właśnie prowadzi na manowce – a ja akurat tego nie dostrzegam, no bo… no chemia no..!
Tak prawdę mówiąc, w sumie szkoda czasu, nerwów, zdrowia. Mamy tylko jedno życie i… – przynajmniej ja tak uważam, że mamy tylko jedno życie – i szkoda, żeby przeżyć je w stresie permanentnym.
A jak to jest u was, u ciebie z tym dotrzymywaniem słowa samemu sobie, samej sobie?
Czy masz jakieś sprawdzone swoje metody?
Czy nadal szukasz?
Czy jesteś w fazie testowania jakiejś metody ciekawej?
Podziel się w komentarzach ze mną, z innymi ludźmi, którzy tutaj przyjdą i będą odsłuchiwać ten film.
Ze swojej strony przyznam, że branie odpowiedzialności za nasze decyzje, za działania, zaniechania, buduje w nas poczucie sprawczości. Jeśli ja zdecyduję, wybiorę, zrobię / nie zrobię… coś głupiego – to czując, że mam sprawczość, że to była moja decyzja lub brak decyzji, (to też czasem decyzja) – to wiem, że coś może jest jednak zależne ode mnie. I… i że następnym razem, po wyciągnięciu wniosków, być może mogę zdecydować inaczej, lepiej. Zadziałać inaczej, albo dać sobie spokój.
Tak naprawdę jesteśmy ludźmi. Mamy prawo do błędów, mamy prawo do „fallstartów”. Mamy prawo do testowania różnych metod – oczywiście o ile nie robimy innym krzywdy.
(wchodzi muzyka w tle)
Na dzisiaj to tyle. Jeśli ci się podobało, proszę, zalajkuj, skomentuj, zasubskrybuj.
Dziękuję również za dotychczasowe wasze subskrypcje, lajki.
Myślę, że kanał będzie raczej należał do takich kameralnych i postaram się, żeby tutaj była fajna, miła atmosfera. Taki „comfort zone” dla nas wszystkich.
A tymczasem… żegnam się z wami, zapraszam na kolejny odcinek i – jak zwykle:
bądźmy uważni – po drodze.
Pa!
(podgłaśnia się muzyka)
(plansza końcowa)
#Obiecanki #ObiecywanieSobie #Postanowienia #PoDrodze #SlowLife #ComfortZone #Spokój #Vlog #Zwyczajność #Życie #Podcast #Uważność #Kobieta #45+ #Droga

Dodaj komentarz