Autor: PoDrodze

  • Letni miszmasz – #s01e06

    Letni miszmasz – #s01e06

    Rozdziały w filmie:

    0:00 O czym w odcinku?
    0:46 Jak aktualnie ćwiczę by się wzmocnić?
    2:44 WalkingPad, czyli bieżnia pod biurko, moje wrażenia
    7:05 Chodźmy na spacer na górnośląskie łono natury
    15:28 Moje wrażenia z użytkowania słuchawek kostnych (z przewodnictwem kostnym)
    22:56 O psach, ludziach i psieckach – strumień myśli z auta
    26:01 Trochę skupienia przy roślinach na tarasie

    Transkrypcja odcinka:

    (początek-zajawka)

    Cześć! Tu Ania z kanału „Po Drodze”.
    W dzisiejszym odcinku zabiorę cię na odrobinę moich ćwiczeń, poskładam i przetestuję bieżnię typu WalkingPad – pod biurko, oprócz tego zaproszę cię na spacer, na którym przekonasz się, czy na Górnym Śląsku, kojarzonym z szaroburym krajobrazem przemysłowym, jest faktycznie szaro, buro i ponuro. Będzie też strumień myśli z auta o psach i psieckach, a także potowarzyszysz mi podczas ogarniania roślin na tarasie.
    Masz ochotę?
    Zapraszam!

    (wchodzi muzyka)
    (plansze tytułowe)
    „Po Drodze”
    …by Anna

    (dalszy ciąg filmu)
    (muzyka się wycisza)
    Odkąd dostałam pozwolenie na stopniowy powrót do treningów, praktycznie nie ma dnia, bym nie robiła czegoś w kierunku poprawy mojej formy. Codziennie, po troszku, do przodu.

    Podobno codziennie – po trochu jest lepszym sposobem niż na przykład: raz na tydzień – długo i aż do przemęczenia.

    Ważnym elementem mojej aktywności są ćwiczenia stabilizacyjne. Są raczej żmudne, ale niezbędne. Staram się przy okazji stopniowo wzmacniać ćwiczeniami typowo kalistenicznymi, czyli takimi z wykorzystaniem ciężaru własnego ciała. Przykładowo są to pompki przodem, tyłem, na przykład na ławeczce, ćwiczenia na drążku, na poręczach, na pobliskim placyku street workout.

    Przyznaję, że po długim okresie stagnacji łatwo nie jest, ale nie zrażam się. Ćwiczę dla siebie i wyłącznie dla zdrowia, bez pośpiechu, bez presji, z nastawieniem, by sprawiało mi to przyjemność, nie nudziło się i by te rutyny wrosły w moją codzienność. Rozciąganie idzie trochę jak po grudzie. Chyba wciąż jest we mnie lęk, że zrobię coś za mocno, przesadzę – i znów wróci ból. Nie powinien wrócić w takim wydaniu, jak to miało miejsce wcześniej, lecz cóż poradzić?.. Coś takiego czasem pozostaje w głowie na dłużej, zwłaszcza gdy człowiek ma poczucie, że może liczyć wyłącznie na siebie.

    (plansza z logo kanału i dźwięk)
    Już od dawna zastanawiałam się nad tematem WalkingPada. Pod biurko. Do pracy. Sporo czasu spędzam przy biurku i zastanawiałam się jak zwiększyć ilość ruchu, jednocześnie wykonując swoje obowiązki, a oprócz tego móc pozostawać w tak naturalnym ruchu, jakim jest chodzenie, również wówczas, gdy za oknem wieje, leje, śnieży, albo dokucza smog. I raczej chęci, by pójść na bardzo długi spacer, brak.

    A skoro i tak już mam podnoszone biurko, to zrobiłam research i wybrałam sobie taką względnie niewielką i nieciężką bieżnię.

    Disclaimer: tu nie ma żadnej absolutnie współpracy – to mój własny wybór i własny zakup.

    Na ten moment nasmarowałam bieżnię, a właściwie pas w bieżni – wedle zaleceń, wedle instrukcji. I teraz sobie pracuje na najniższych obrotach, na najmniejszej prędkości, żeby ten smar mógł się rozprowadzić wszędzie, gdzie powinien. Mam nadzieję, że tak się stanie.

    Z tego co widzę, a właściwie słyszę, to gdy bieżnia pracuje bez jakiegokolwiek obciążenia, to jest cichutka.
    Jest cichutka…

    (pikanie z głośnika bieżni)
    Trójeczka.
    No myślę, że jeżeli nie będę tego robić po nocy albo wczesnym rankiem, to powinno być w porządku. Mieszkając w bloku trzeba się liczyć z sąsiadami, którzy mieszkają na dole. Muszę spróbować też jak się w butach będzie chodziło. Bardzo dobrze, że mam ten pałąk. Jednak bez pałąka byłoby trochę – mi przynajmniej – niekomfortowo.

    Zaraz pozdejmuję tutaj jeszcze te osłony.
    Ale super się chodzi…
    Zaczyna mi się to podobać. Może być. Może być…

    Bieżnia fajnie spowalnia, powolutku… ooo, o – zero.

    Ile ja tu pochodziłam? Pokażesz mi? Pokażesz czy nie pokażesz? Nie pokażesz. Dobszzzz. To nie pokażesz.

    No to zaczyna mi się podobać…
    Zaczyna mi się podobać.
    Jest to taka czynność niewymuszona, bardzo naturalna dla człowieka, ymm… przy takich prędkościach praktycznie bezwysiłkowa, a to, jak bardzo nasz kręgosłup, nasze stawy uwielbiają, gdy człowiek chodzi, no… jest nieocenione.

    Zabieram bieżnie do salonu.

    No i znowu nie wyłączyłam wentylatora. Znowu będzie słychać go w tle. Ajajajjj… trudno. Wybaczycie mi? Czy nie?

    (wchodzi muzyka w tle)
    Bieżnia, zwana też Walking Padem, zaczęła zatem królować w salonie i zdobywać moje serce.

    „Po godzinach” przyjemnie mi się na niej chodzi, gdy wypełniam sobie czas podczas oglądania seriali albo YouTube’a. Mam wtedy takie poczucie dobrze wykorzystanego czasu.

    W trakcie pracy też już została przetestowana. Wówczas po prostu trzeba zdecydowanie wolniej chodzić. U mnie jakieś 2 km/h jest optymalne. W moim przypadku nadaje się bardziej przy pracy z tekstem, gdzie nie trzeba robić nic precyzyjnego, acz czasem, gdy się na niej zapomnę, tooo…
    No cała ja…

    (plansza z logo kanału i dźwięk)
    (słychać w tle szum liści na wietrze)
    Psie media społecznościowe…
    Wszystko musi być dokładnie sprawdzone i obwąchane.

    Cześć drodzy! Jest trochę chłodniej, w związku z czym zabrałam Niunię na wyjazd samochodem. Gdy było gorąco, nawet nie chciałam jej męczyć w samochodzie, bo w samochodzie był po prostu ukrop straszliwy.

    W tej chwili jest dużo chłodniej, dużo przyjemniej, więc podróż…
    (zwraca się do psa) Niunia, czekaj, czekaj serduszko…
    (powrót do wątku)
    …więc podróż nie była dla niej męką. Wybrałyśmy się do lasu w skrajnej dzielnicy miasta. Te lasy znam jak własną kieszeń. Jest tu sporo spokoju.

    Słyszycie ten szum liści na wietrze?..
    Dzisiaj dosyć mocno wieje.
    Zresztą wczoraj wiało jeszcze mocniej, mam wrażenie.

    Mam nadzieję, że o tej porze komary jeszcze śpią i mnie nie zjedzą…

    Ludzie często kojarzą Śląsk z przemysłem, fabrykami, szarością. A w tej chwili jesteśmy na Śląsku.

    Tutaj, na Śląsku, mamy bardzo dużo zieleni, pięknych miejsc, które można odkrywać, cudownych zakątków, cichych, spokojnych, nie tylko takich zatłoczonych.

    Mamy tutaj jeziora. Co prawda na oficjalnych plażach tych jezior jest strasznie dużo ludzi, gdy jest piękna pogoda, grille, hałas, mnóstwo rzeczy się dzieje. Ale poza tymi oficjalnymi plażami – są naprawdę przepiękne zakątki. Również nad jeziorami.

    Kiedyś jeździłam bardzo dużo rowerem. Wielokilometrowe wyprawy. Miałam sakwy przy rowerze. W sakwach cały sprzęt, który był niezbędny, gdy człowiek jednak oddala się od domu i przez cały dzień jest na powietrzu, i mogą zdarzyć się najróżniejsze warunki. A przede wszystkim byłam uzbrojona w mapę. Mapę turystyczną, papierową. To było gdzieś z 10 lat temu. Postanowiłam, że objeżdżę sobie wszystkie szlaki turystyczne, które mam w zasięgu roweru.

    I muszę wam powiedzieć, że takich pięknych zakątków, jakie znalazłam… no, mózg w poprzek staje. Czasami można było się zgubić, czasami kończyła się ścieżka, kończył się szlak i zaczynał się po prostu las, zanikała ścieżka po prostu.

    Ooo, tutaj są takie fajne instalacje…

    Pokazałam wam trochę instalacji przy tak zwanym kąpielisku leśnym. Na czym to ja skończyłam? Na miejscach, w których kończył się szlak, kończyła się ścieżka.

    A właściwie nie kończył się szlak. Szlak był zaznaczony, a tu gęsty las. Żadnej ścieżki, żadnej dróżki. Po prostu kończyła się trasa. No i wtedy trzeba było zawracać, no i szukać jakiegoś innego miejsca przejazdu.

    To była świetna zabawa, muszę przyznać.

    Wówczas zdziwiłam się jak piękny jest mój Śląsk. Górny Śląsk. Mówię o Górnym Śląsku. I mimo, że zamieszkuję sobie w Metropolii Górnośląskiej, to… mimo to w zasięgu roweru miałam tak piękne miejsca, że zachwyciłam się moim miejscem na ziemi jeszcze bardziej.

    A Niunieczka… tymczasem…

    No co tam wypatrzyłaś, niunia? Co ciekawego? Pewnie siłownię leśną? Co? No? Ludzie tam są… aaa człowiek idzie! Człowiek idzie. To wypatrzyła. Jej Czujność Lila wypatrzyła człowieka zza drzew.

    Ja naprawdę dzięki niej wiem doskonale, co się wokół mnie dzieje. Wystarczy, że patrzę na nią i wiem, na co mam zwrócić uwagę. Jest nieoceniona pod tym względem. Naprawdę.

    (muzyka w tle wchodzi)
    Taaak jest. Pooowoli, po- pooowoli… Mhm…
    Lila, prawa. Taaak, prawa. Szzzt… Praaawa. Taaak jest! Dooobrzeee… Pooowoli…
    Z górek, to proszę ją o to, żeby szła wolniej. No, super, Niusia! Pięęęknie!
    I co my tu mamy?

    Bardzo lubię to miejsce.

    Dawno, dawno temu, gdy jeszcze miałam swojego Golden Retrievera o imieniu Goldi…
    Goldi godzinami aportował z wody patyki. Był niezniszczalny pod tym względem.
    Jejku… jak ja kocham to miejsce…
    Pobędę sobie tutaj trochę…

    Okej, idziemy na mosteczek.
    (podśpiewuje) ♪♫…Zielony mosteczek ugina się…♫♪

    (śmiech)

    Niuś, ale tu idziemy! Halo! Haaalo! Mhm..mhm… Suuuuper…

    (odgłos chłeptania wody) Mhm… suuuper! Pięęęknie!
    Mhmm…
    Jeszcze? Już nie? Dobra. A może jeszcze? Niuś? Dobra, nie za dużo.

    To co? Może ja też trochę wody…

    Ludzie zawsze się zastanawiają, czy to jest piersiówka i co w tym jest. A to są takie dwa bidoniki do pasa biegowego, żeby dobrze przylegały i się nie telepały podczas biegu.

    Czekaj, Niusia, czekaj, Serduszko.
    No… pańcia się musi zebrać, wiesz?
    Zebrać się w sobie musi…

    Cóż ty tam tak wypatrujesz? Tam pewnie ludzie chodzą. Albo nie..? Albo jakieś zwierzątko?

    Zawsze lubiłam ten las, bo taki rozległy jest. I rzeczywiście to jest las. Las-las, nie las-park czy parko-las.

    To jest po prostu las.

    Lata tutaj schodziłam, gdy jeszcze mieszkałam w pobliżu… No ale później musiałam się wyprowadzić i zamieszkać tam, gdzie w tej chwili mieszkam, czyli blisko centrum.
    Ale chyba nie ma tego złego… jak zawsze…

    A skoro już sobie tutaj chodzę i nagrywam, jest względnie spokojnie i można coś pogadać, to przy okazji trochę mogę już opowiedzieć o tych słuchawkach z przewodnictwem kostnym, które sobie całkiem niedawno nabyłam.

    Przyznaję, że to był dobry wybór, aby dać im szansę. W sumie to był strzał w dziesiątkę z tymi słuchawkami, bo: nie ma w nich gorąco, ani nie trzeba ich wkładać do uszu, ani na uszy. Człowiek ani nie czuje dyskomfortu w środku ucha, ani nie czuje gorąca, gdy tutaj ma zasłonięte całe ucho, ani nie ma potrzeby co chwilę odsłaniania jednego lub drugiego ucha, żeby się po prostu przewietrzyło. (śmiech) Wietrzenie uszu…

    No ale cóż, no taka prawda, że to chyba nie jest najzdrowsza sprawa, żeby cały czas one były zasłonięte całkowicie szczelnie i nie docierało tam w ogóle powietrze przez dłuższy czas, zwłaszcza gdy jest naprawdę gorąco…

    Słuchaweczki… no nie są dla audiofilów, to wiadomo. To są sportowe słuchawki, natomiast mogę je cały czas tak naprawdę nosić na sobie, ale całkiem dobrze słychać muzykę, całkiem dobrze słychać podcasty, jeżeli sobie puszczam na przykład z komórki, jak również grają jako osobne urządzonko, bez konieczności łączenia się ze smartfonem.

    Jakkolwiek jeśli tylko chcę się przełączyć na smartfon, to jest to tak naprawdę za dwukrotnym przyciśnięciem przycisku funkcyjnego – i to jest wszystko, i jestem przełączona na smartfon, i mogę – nie wiem – prowadzić rozmowę, słuchać muzyki z komórki, gdzie jest dużo łatwiejszy dostęp do playlisty i zarządzania tą playlistą, przełączania sobie między utworami.

    Jejku, przepraszam, ale nie wiem, czy też macie tak, że jak tylko wchodzicie do lasu, to od razu wszystko swędzi, bo wyobraźnia działa. Ja tak mam… od razu widzę te wszystkie komary, kleszcze i inne dziwne stworzenia.

    Jeżeli chodzi o wygodę, no są dosyć wygodne. Ja do teraz jeszcze próbuję sobie znaleźć sposób na takie ich zakładanie, żeby mnie nigdzie nie uwierały. Bo tak jak na jednym uchu – wszystko jest okej, tak nie wiem dlaczego, na drugim uchu zawsze gdzieś mnie coś uwiera i trochę pobolewa. Ale też myślę, że to może być kwestia przyzwyczajenia. Po jakimś czasie być może przywyknę do tego, że po prostu… moje uszy przywykną, że tam coś jest za małżowiną.

    Muzykę, podcasty czy ewentualną rozmowę telefoniczną słychać naprawdę bardzo dobrze. Akurat to jest taki model, w którym jeszcze sobie można nasunąć mocniej te słuchawki, troszeczkę przesłonić ucho nimi, tak wygiąć i wtedy… no jest full power słyszalność, co jest też bardzo fajne.

    Jeszcze z nimi nie pływałam, ale w zasadzie nie wiem, czy będę w nich wpływać, bo jakoś w wodzie nie mam potrzeby mieć jeszcze na sobie słuchawek i czegokolwiek słuchać. Może to w tej chwili, może kiedyś mi się to zmieni, to wtedy sprawdzę. Akurat one z racji tego, że mają mikrofon, to jest taka zaślepka do mikrofonu, którą się wkłada, żeby pływać w wodzie. I to jest w sumie wszystko.

    To tyle na temat tych słuchaweczek…

    Jakość muzyki jest nawet całkiem dobra jak na takie słuchawki. Aż się zdziwiłam, gdy usłyszałam z jaką mocą jest to słyszalne i trochę pożałowałam w sumie, że tak długo się zastanawiałam nad tymi słuchawkami, które są właśnie z przewodnictwem kostnym, bo to jest naprawdę bardzo fajna opcja. Świetna.

    No i wreszcie nic nie wkładam do ucha. Właściwie gdy wychodzę z domu, spokojnie mogę mieć to cały czas na tutaj sobie założone i kontakt z otoczeniem jest non stop normalny, tak, że…

    Na przykład jak wchodzę do jakiegoś miejsca, nie wiem, sklepu wielkopowierzchniowego, gdzie leci muzyka, to wtedy mi się miesza ta muzyka jedna z drugą, nie? Tak, że to jest taki minus. Ale generalnie jest naprawdę dobrze. Nawet nie muszę – po wyłączeniu ich i wejściu do samochodu – nie muszę ich w sumie zdejmować, bo one nie zasłaniają w żaden sposób ucha, więc w sumie po co je zdejmować, żeby je gdzieś tam zostawić, odłożyć, zapomnieć. Słucham muzyki z głośników, z samochodu, natomiast w ogóle nie muszę tych słuchawek zdejmować, co jest ogromnym, ogromnym plusem.
    Co ja jeszcze chciałam rzec o tych słuchawkach..? Na ten moment to chyba wszystko.

    Lubię gdy jest gęściej trochę w lesie…
    (szept) i ten szum liści… ale super…

    No już, już kochana. Naprzód! Pięęęknie. Lila, lewa! Lewa. Taaak, pięęęknie lewa. Dobrzeee. No suuupeeer…

    Jaka zadowolona…
    No tak… Owczarki kochają pracować. Uwielbiają wykonywać rzeczy różne dla opiekuna, nawet tak drobne. One po prostu muszą pracować.

    Idziemy, idziemy, Niusia. Naprzód! Naaaprzód! Taaak, bardzo ładnie! Genialnie! Śliiicznie!

    No to wychodzimy już na parking. Gdy przyjechałyśmy, tutaj było mnóstwo ludzi. Jakiś autokar tutaj sobie chyba przystanął na odpoczynek, tak mi się wydaje. Ale tu było po prostu full. A teraz? (szept) Takkk! Już jest pusto.

    Sz-Szz, Lila, nie podchodź tam do samochodu.

    Opa! Ooopa! Śliiicznie. Tak.

    Czekaj, pas bezpieczeństwa… ładnie.

    (plansza z logo kanału i dźwięk)
    No to po spacerku, lecimy sobie do domu.

    Co Niunia? Ciepło, nie? Wiem, wiem…

    To co teraz? Myślę, że zasłużyłyśmy na kawę i śniadanko, a Niunia na pełną michę. Jakkolwiek z tą michą to jednak trochę poczekamy. Chociaż w sumie… zanim dojedziemy do domu, to już trochę ochłonie.

    U takich dużych psów naprawdę trzeba bardzo uważać z jedzeniem i piciem wtedy, gdy one mają mieć jakiś ruch, jakąś aktywność, bo zagrożenie skrętem żołądka w takich razach jest naprawdę bardzo duże. A skręt żołądka może się po prostu skończyć tragicznie. A poza tym, jeśli już raz do niego dojdzie, to już później niestety podatność się zwiększa. Tak, że tak naprawdę nawet gdy w drodze gdzieś podaję jej wodę, to nie jest to dużo. Bo wystarczy, że będzie miała obciążony czymkolwiek żołądek i wykona jakiś nieszczęśliwy ruch – i mamy kłopot.
    Tak, że gdy wracam z nią z jakiegoś spaceru, większego wysiłku – dla niej większego, bo dla niej w tej chwili dużo mniejszy wysiłek jest dużym wysiłkiem, nie to co kilka lat temu – to dopóki nie przestanie mocno dyszeć, to nawet jej wody nie podaję. Dopiero gdy przestaje dyszeć, dostaje wodę, a jak chwilkę sobie odpocznie, to dopiero wtedy micha z jedzonkiem, żeby zachować wszelkie względy bezpieczeństwa.

    Kocham tego psa jak głupia. Jest moją najlepszą towarzyszką we wszystkim, co robię. I nie, dla mnie pies to nie jest psiecko.

    Dla mnie pies to jest pies.

    Ze wszystkimi psimi wspaniałymi zasobami, których my ludzie niestety nie mamy. Nie mamy tych umiejętności, które mają psy, a psy nie mają tych umiejętności, które mają ludzie.

    Tak, że gdy stworzymy już taki tandem ludzko-psi, to naprawdę mamy moc!

    Pozwalam psu pozostawać psem. Nauczyłam się jej mowy ciała. Psy robią wszystko, żeby jak najlepiej poznać swojego człowieka. Obserwują nas całymi dniami i nocami, żeby potrafić jak najlepiej na nas reagować. Warto zrobić też coś dla nich i po prostu nauczyć się ich mowy ciała. A wtedy porozumienie między psem i człowiekiem, człowiekiem i psem jest naprawdę świetne. Tworzy się naprawdę fajna więź, w której jest bardzo dużo zrozumienia bez słów. Taka nić porozumienia to jest skarb. Praktycznie ja nie muszę mówić, ona nie musi szczekać.

    (plansza z logo kanału i dźwięk)
    Przy czerwcowych upałach, zahaczających o początek lipca, moje roślinki tarasowe bardzo ucierpiały. Gorąc i słońce mocno spaliły im liście, więc w końcu trzeba było poprzycinać to, co suche.
    (śmiech) Tak, tak… montuję te materiały z dużym poślizgiem czasowym, bo dopiero pod koniec lipca. Tak wyszło… życie…

    Niemniej lubię w ciszy i spokoju usiąść przy roślinach i pielęgnować je. To taki mój moment pogłębionej uważności, wyciszenia, bycia tu i teraz. Czasem to dla mnie forma medytacji. Wiem, często mówię o uważności, a przynajmniej zawsze pod koniec filmu. O samej uważności i jak ją postrzegam ja, pewnie kiedyś nagram osobny film. A wracając do skupienia na roślinach lub jakiejkolwiek innej czynności, lubię to zatopienie się w tym byciu samej ze sobą, bez rozpraszaczy i w dźwiękach tła.

    Śpiew ptaków, przytłumione rozmowy żywych ludzi przechodzących w pobliżu, delikatny szum miasta – niby blisko, a jednak w pewnym oddzieleniu ode mnie. Przelatujący samolot, bawiące się dzieci.

    W dzisiejszym głośnym i wciąż dokądś pędzącym świecie, w jazgocie internetów, raczej mało mamy takich chwil. Szukam więc okazji, by się pojawiały i celebruję je.

    A ty? Czy znajdujesz w rozpędzonej rzeczywistości takie momenty?
    Co wówczas lubisz robić?
    Daj znać w komentarzu pod filmem.

    Dziękuję, że wstąpiłaś/wstąpiłeś w odwiedziny do mnie. Za oglądanie lub odsłuchanie tego vloga. A może podcastologa? W sumie trudno powiedzieć jaki to format. Szukam odpowiedniego formatu dla siebie. Nagrywam tak jak czuję. Przy montażach widzę, gdzie warto coś poprawić, by lepiej się słuchało, oglądało. Każdego dnia czegoś się uczę.

    A tymczasem żegnam się z tobą, z wami i – jak zwykle…
    Bądźmy uważni – po drodze
    Pa!
    (wchodzi muzyka)

    #GórnyŚląsk #WalkingPad #BieżniaPodBiurko #Pies #Psiecka #SłuchawkiKostne #Rutyna #Ćwiczenia #PoDrodze #SlowLife #ComfortZone #Spokój #Vlog #Zwyczajność #Życie #Podcast #Uważność #Kobieta #OwczarekNiemiecki #Natura #Las #Droga #ChodzeniePrzyBiurku #ZielonyŚląsk #RoweremPoŚląsku #Medytacja

  • Obiecywanie…sobie – #s01e05

    Obiecywanie…sobie – #s01e05

    Rozdziały w filmie:

    0:00 O czym w tym odcinku?
    0:20 Witam się i przedstawiam
    0:45 Wprowadzenie do tematu obiecywania samemu sobie
    1:01 Poszukiwanie sposobów na dotrzymywania postanowień
    2:06 Obiecanki cacanki
    2:43 Krzewiciel Niechcemisizmu
    3:04 Przechytrzyć Krzewiciela Niechcemisizmu
    5:30 Silne emocje
    11:00 Ciekawość i eksperymenty
    15:22 Metoda małych kroków
    18:01 Trackery
    20:31 Powiedzenie komuś o swoim postanowieniu
    22:24 Umowa z samą/ym sobą…na piśmie 🙂
    25:55 Pytania do Ciebie ode mnie
    26:20 Refleksje o poczuciu sprawczości
    27:16 Zaproszenia, podziękowania i papatki 🙂

    Transkrypcja odcinka:

    (początek-zajawka)
    Dziś będzie o obietnicach dawanych sobie. I o tym, że – parafrazując – nikt nam tyle nie da, co sami sobie naobiecujemy.

    [plansze tytułowe]
    „Po Drodze”
    …by Anna

    Cześć, nazywam się Ania, a to jest kanał „Po Drodze” – o tym, co w życiu spotyka nas wszystkich po drodze. A akurat tutaj troszkę subiektywnie, co spotyka mnie po drodze. Jakkolwiek możecie się z tym utożsamiać, bo wszyscy jesteśmy ludźmi i przechodzimy przez wiele bardzo podobnych sytuacji – podobnych lub pokrewnych.

    Dzisiaj chciałabym się zastanowić nad tym, jakie są najskuteczniejsze metody „dowożenia” w przypadku obiecywania sobie różnych rzeczy. Czyli tak zwane postanowienia.

    Nie wiem jak wy, ja testowałam na sobie całkiem sporo metod, bo już trochę żyję na tym świecie. I jak najbardziej szukałam sposobów i sposobików. Bo z jednej strony, co prawda, jestem uparciuchem i gdy się na coś naprawdę uprę, to klękajcie narody i nic mnie nie powstrzyma. Ale z drugiej strony… siedzi we mnie taki leń, który sprawia, że jak tylko nie muszę, to palcem nie kiwnę.

    No cóż, przyznaję, jestem leniwa, bywam leniwa, ale jak trzeba, no to się pozbieram w sobie i… no… znajdę tę energię, żeby ruszyć z miejsca.
    Ruszyć z miejsca – to jedno.
    Ale wytrwać – to już jest inna para kaloszy.

    (głośno się zastanawia) Ale kolejną parą kaloszy w sumie jest to, że jeśli okazuje się, że brniemy w ślepy zaułek, to też umiejętnością jest sobie odpuścić i zmienić… i zmienić kierunek (śmiech)

    No to jak to mamy jako ludzie?

    – Od jutra trzymam dietę!

    -Kurczę… może… może pojutrze?

    -No dobra – od poniedziałku! Od poniedziałku będę ćwiczyć!

    …nooo… żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce….

    -No dobra, od nowego miesiąca! a po chwili:

    -Nowy Rok – nowa ja!

    …przez pierwsze trzy dni.
    (śmiech)

    Znamy to, nie? (śmiech) – Ja też znam.

    Nie wiem jak wam, ale mnie najtrudniej jest zacząć. Ruszyć z miejsca. Wyjść z domu. Czasami przechytrzyć w tym siebie i zacząć robić to, na co się sami ze sobą umówiliśmy.

    Nie wiem jak ty, ale ja mam w głowie takiego Krzewiciela Niechcemisizmu:

    -A pooosiedź jeszcze trochę

    -A nieeee rób tego dzisiaj

    -A taki fajny ten kocyk, taki cieplutki – no po co będziesz się ruszać?

    -Jutro pójdziesz, jutro też jest dzień.

    (Plansza Rozdział #1 – Przechytrzyć Krzewiciela Niechcemisizmu)

    Pamiętam kiedyś, dawno temu, gdy bardzo chciałam zacząć biegać. Znalazłam na tego Krzewiciela Niechcemisizmu całkiem fajną metodę.

    Otóż wybrałam sobie akurat wtedy taki serial – swój ulubiony, który oglądałam zaraz po pracy. I postanowiłam w pewnym momencie, że jeszcze w trakcie tego serialu, tam pod koniec, to ja już będę się ubierać powoli. I przygotowywać sobie rzeczy. To nie było wtedy VOD, tylko ja oglądałam to w telewizji, więc to była określona godzina. I gdy tylko pojawiały się napisy – to ja już byłam gotowa. I zanim moja mózgownica zorientowała się co się dzieje, to ja już byłam na dworze z muzyką na uszach i już truchtałam. I wtedy okazało się to bardzo dobrym narzędziem, żeby zmylić samego siebie, tego lenia w sobie i zacząć faktycznie to robić. Muszę przyznać, że to naprawdę wtedy działało.

    Przypuszczalnie, gdybym była porannym biegaczem, to być może bym sobie robiła tak, że wcześniej wstaję i jeszcze zanim mózg by się w ogóle obudził, to ja już bym była ubrana i już bym już bym wychodziła na dwór z muzyczką na uszach, i już była zwarta i gotowa. A a mózg by jeszcze się budził tak do końca, nie wiedziałby co się dzieje i w ten sposób też by można było go przechytrzyć. No ale ja akurat nie jestem porannym biegaczem. To to nie jest mój peak możliwości fizycznych, więc to zawsze były godziny popołudniowe wówczas.

    Natomiast co do samego wyjścia z domu – od Niechcemisizmu wyleczyła mnie bardzo skutecznie moja piesa, gdy się pojawiła w moim życiu. No i w tym momencie co najmniej ileś-tam-razy na dzień (lub noc), niezależnie od wszystkiego, niezależnie od pory, niezależnie od pogody, czy wieje, leje, czy jest mróz, czy ja jestem chora, czy zdrowa – po prostu muszę się ubrać i wyjść na dwór. To w sumie jest nawet fajna metoda na hartowanie się, gdy na przykład przychodzi jesień, zima i rzeczywiście w każdych warunkach człowiek musi wyjść. Nooo… to naprawdę robi robotę.

    (Plansza Rozdział #2 – Silne emocje)
    Rozdział drugi. Silne emocje.
    W silnych emocjach możemy się znaleźć, gdy na przykład wkurzymy się na siebie samych. Albo wystraszymy się… nie wiem… na przykład wyników badań. I wtedy jest takie olśnienie, że muszę coś zrobić.

    Akurat przy wkurzeniu energia jest faktycznie duża i gdy się ją skanalizuje na zrobienie czegoś sensownego, to pomaga to zarówno na tego „wnerwa”, jak i na powodzenie przedsięwzięcia.

    Pamiętam jak parę lat temu pewni lekarze – dwóch ich było – wpakowali mnie na kilka lat w strach. W ogromny strach, że dzieje mi się coś poważnego. Rzucili mnie w spiralę badań, leczenia i ogromnego strachu o moje zdrowie. Nie wchodząc w szczegóły, na tapecie były ewentualne zmiany nowotworowe. Wszystko sugerowało możliwość obecności guza w głowie, jego rozrostu i takich różnych nieprzyjemnych perypetii.
    (w tle pojawia się napis z wyjaśnieniem: „*Podejrzenia były błędne, a stres i >>leczenie<< – niepotrzebne i szkodliwe”)
    No i straszliwie się wtedy bałam.

    Jednocześnie, gdzieś w podobnym czasie, trafiłam na podcast doktor Joasi Wojsiat, gdzie opowiadała o tym, jak cukier wpływa na organizm ludzki. I że cukier, którym dosładzamy – ten cukier rafinowany – jest świetną pożywką dla nowotworów. No i… sobie to tak dodałam jeden do jednego i wyszło mi, że no okej, to…

    … trudno mi się o tym mówi…

    Postanowiłam, że rzucam cukier, bo nie mam absolutnie zamiaru żywić jakichkolwiek nowotworów w moim ciele: istniejących, potencjalnych, żadnych.

    W ten oto sposób tych cukrów prostych nie jadałam przez 13 miesięcy. Ale to tak serio-serio trzymałam się tego. Węglowodany złożone – tak, ale cukrów prostych – nie.
    Aczkolwiek okazało się później, że chyba jednak mój organizm nie lubi takich dekompensacji żywieniowych, bo po tych 13 miesiącach bez cukrów prostych, jak zbadałam sobie (przez przypadek zupełnie), miałam robione badanie między innymi trójglicerydów, okazało się, że mi wystrzeliły tak w kosmos, że ja w życiu nie miałam takiego takiego poziomu trójglicerydów. I to było bardzo ciekawe, bo …(lekarzem nie jestem ani chemikiem) …z tego co wiem, to na poziom trójglicerydów wpływa właśnie spożycie cukrów. Zbyt dużej ilości cukrów. A ja nie jedząc cukrów prostych wcale (śmiech) – dorobiłam się takiego poziomu trójglicerydów, że aż się zdziwiliśmy wszyscy, włącznie z lekarzami.
    No i wtedy, gdy mi tak wystrzeliły te trójglicerydy w górę, doszłam do wniosku, że mój organizm po prostu chyba nie lubi takich zmian. Takich dysproporcji. Takiego całkowitego obcinania jakichś składników pokarmowych, do których jestem przyzwyczajona od zawsze. No i wróciłam normalnie do spożywania również tych cukrów prostych. Oczywiście okazało się też w międzyczasie, że ten 13-miesięczny post całkowity, poskutkował takim zaburzeniem relacji z tymi słodkościami. I wtedy zaczęłam się wręcz z powrotem obżerać. No i trochę później czasu zajęło, zanim sobie to wyregulowałam, żeby jednocześnie móc to jeść, ale żeby robić to z głową. A nie rzucać się na to jak…

    (mówi do siebie)… szczerbaty na suchary?…
    Mmmmniejsza z tym…

    (powrót do wątku)
    Mogę powiedzieć, że takie diety eliminacyjne, to chyba nie jest najlepszy pomysł. Jakkolwiek od bardzo wielu lat, właściwie odkąd miałam lat 15, nie jadam mięsa. I choć próbowałam w ostatnich latach wrócić do tego, mój żołądek totalnie to odrzuca i… no i kończyło się to po prostu rozstrojem żołądka. Od razu dla jasności dodam, że przestałam jeść to mięso – i tylko mięso – bo się zraziłam. Nie pytajcie dlaczego. Nie będę tego póki co opowiadać. Może kiedyś. I w związku z tym – tylko mięsa nie jem. Ale całą resztę, jajka, nabiał, te rzeczy bez problemu sobie jem. Więc mam nadzieję, że aż takich strasznie wielkich niedoborów no raczej sobie nie wytworzę.

    (Plansza Rozdział #3 – Ciekawość i eksperymenty)
    Rozdział trzeci – ciekawość.
    Jest taki typ ludzi, jak ja, którzy bardzo lubią sobie przeprowadzać różne eksperymenty na sobie. Lubię przeprowadzać pewne eksperymenty na sobie i obserwować co się dalej wydarzy.

    W tej historii zacznę od tego, że nigdy w życiu nie paliłam. No i kiedyś z moją najbliższą przyjaciółką tak sobie rozmawiałyśmy właśnie o tym, jak ludzie palą, ile to pieniędzy musi kosztować, że to jest takie… no… przepalanie kasy.

    No i… pewnego dnia tak sobie pomyślałam, że założę sobie osobne konto w banku, na które będę regularnie przelewać równowartość – no powiedzmy – jednej paczki dziennie. Ja wiem, że niektórzy ludzie palą po dwie. Czasami tam przelewałam trochę więcej, ale rzeczywiście starałam się, żeby to była jedna paczka dziennie. I chciałam zobaczyć ile mi się tak uzbiera. Jak człowiek to zobaczy i wie, że to ma na tym koncie, to jakoś tak – nie wiem jak wam – ale do mojej wyobraźni to po prostu lepiej przemawia. I tak jakoś po mniej więcej półtora roku, czy może z kawałkiem jeszcze… coś koło tego, gdy przyszedł czas mojej przeprowadzki do nowego mieszkania – okazało się, że za to, co ja tam nazbierałam, to ja mogłam sobie wyposażyć całe mieszkanie.

    Nie w jakieś super drogie meble czy sprzęt AGD. Takie podstawowe zupełnie, ale wyposażyłam sobie całe mieszkanie w nowe meble, nowe AGD, wyposażenie, wszystko. Akurat wtedy miałam takie marzenie, taki plan wynikający z różnych perturbacji życiowych, że w tym mieszkaniu chcę zacząć od nowa i chcę mieć po prostu wszystko nowe, nie chcę niczego ciągnąć za sobą. Tak, takie było moje postanowienie na tamten moment.

    I okazało się, że środki zebrane za moje niepalenie – zresztą tak nazwałam to konto, moje niepalenie – więc za te wszystkie środki bezproblemowo sobie urządziłam dom.

    Tu muszę zaznaczyć, że to jeszcze było przed wielką inflacją w ’22 roku. To był rok ’20, więc wszystko było na czas. Na szczęście…

    Kolejny eksperyment, któremu się w tej chwili poddaję, a rozpoczęłam go pod koniec grudnia zeszłego roku, to pozwolenie moim włosom naturalnie sobie rosnąć. Bez jakiejkolwiek koloryzacji, poprawiania i tak dalej. I chcę zobaczyć, czym matka natura mnie zaskoczy. Bo ja wiem, że ja będę miała tutaj siwe i już mam dużo siwego, ale chciałabym zobaczyć jaki to będzie siwy na dłuższą metę, gdy one faktycznie odrosną w całości. Tak, że to, co tutaj widzisz, to nie jest zaniedbanie, tylko to jest planowe działanie. A właściwie niedziałanie. Zaniechanie jakiegokolwiek już działania. I być może pogodzenie się z tym, że… no… latka lecą.

    Zaczynam godzić się z upływem lat, z moim wiekiem. Wiem, że nie będę coraz piękniejsza i młodsza. Nigdy nie byłam idealna. Ja nigdy nie byłam jakąś klasyczną pięknością. Wiecie, że wielu ludzi twierdzi na przykład, że dana osoba jest piękna, tak obiektywnie. Yyy, no nie…

    Być może już jest ten czas, kiedy mogę jakoś zaakceptować ten fakt, że będę siwa, pomarszczona, (śmiech) będę coraz starsza. Czasu nikt nie zatrzymał jeszcze – i cóż, trzeba się pogodzić z tym, że się starzejemy.

    I w zasadzie ciekawa sytuacja, ciekawe zjawisko. Bo dotychczas, jak widziałam odrost, taki malutki – bo ja teraz mam duży – to zaraz sobie myślałam: „Ojejku, trzeba coś z tym zrobić, jaka… taka zaniedbana wyglądam”. A teraz, gdy podjęłam decyzję, że chcę swoim włosom pozwolić naturalnie rosnąć, to patrzę na te zmiany z wielkim zaciekawieniem. Z wielkim zaciekawieniem, czym matka natura mnie obdarowała – na mój aktualny wiek.

    (głośno myśli) …w sumie zafarbować zawsze można, nie?… (śmiech)

    (Plansza Rozdział #4 – Metoda małych kroków)
    Metoda małych kroków, czyli metoda ewolucji – zamiast wielkiej rewolucji. Zamiast zmiany wszystkiego na raz.

    Dzisiaj wypiję więcej wody, jutro zamiast trzech kaw z mlekiem – wypiję na przykład dwie kawy z mlekiem i zaraz kaloryczność zejdzie.

    Dzisiaj pójdę na spacer, krótki – nie muszę od razu biegać.

    Albo na przykład zrobię pięciominutowe ćwiczenia.

    Albo – jeśli nawet z tym mam kłopot – to rozłożę matę. W domu. A skoro ona już sobie leży, to się mogę położyć na niej, zamiast na kanapie. A skoro już leżę na macie, to mogę zrobić ze dwa ćwiczenia, prawda?

    I tak to się zaczyna.

    A po chwili okazuje się, że zamiast dwóch ćwiczeń na krzyż, na przykład sobie poćwiczyliśmy przez 10 minut.

    Jest zmiana? – Jest zmiana.

    Myślę, że ta metoda ewolucji – powolnej, stopniowej, małymi kroczkami – przynosi dużo trwalsze efekty, niż taka wielka rewolucja, że nagle: wrzucam drastyczną dietę, ruszam się, trenuję, gdzieś tam biegam, coś tam robię, uczę się pięciu języków na raz i nagle… brakuje mi sił.

    Lepiej powolutku, a pewnie.

    Być może idąc z psem na spacer, mijam jakiś placyk do street workout i – nie wiem – zrobię parę ćwiczeń na drążku?

    Albo idę sobie gdzieś po parku, patrzę, jest ławeczka – może o tę ławeczkę zrobię dwie pompki?

    Czemu nie?

    Myślę, że właśnie ewolucja pozwala nam na mniejszy wysiłek na samym starcie i zwiększa prawdopodobieństwo tego, że się uda. Bo powoduje mniejsze tarcie – na starcie.

    (mówi do siebie) „Mniejsze tarcie na starcie”. Byłabym poeta. (śmiech) Okej.

    A kto powiedział, że jak idę biegać, to muszę od razu zrobić „piątkę”? W sensie 5 kilometrów? A może mogę zrobić 200 metrów i też będzie w porządku?

    A może wcale nie pójdę biegać, tylko wyprowadzę na spacer buty?

    Na przykład nie mam psa, to może psa nie wyprowadzę, ale może wyprowadzę… kije do Nordic Walking?

    To już jest jednak coś, nie?

    (Plansza Rozdział #5 – Trackery)
    Trackery i śledzenie postępów.
    U mnie średnio to działa. Zwłaszcza gdy to są jakieś takie aplikacje, w których się odhacza kolejne dni i tworzy się z tego seria. I nagle okazuje się, że… no… nie mogę przerwać, bo mi się seria przerwie – ojej! …Jak to paskudnie wpływa na głowę… To nie są dobre trackery, moim zdaniem. Być może ktoś z was ma inne zdanie na ten temat, to może podzieli się swoimi przemyśleniami na ten temat w komentarzu poniżej. Ale na mnie trackery kiepsko działają.

    Ja z kolei na przykład lubię dzienniki. Dzienniki i takie luźne zapiski na temat tego, co się robiło. I wtedy to jest takie… wtedy czuję mniejszą presję.

    Oprócz tego używam zegarka sportowego. Natomiast na przykład gdy idę na spacer, taki luźny spacer, a nawet gdy jestem na treningu, bardzo często – zamiast patrzeć tutaj na te wszystkie wykresy i mieć je włączone – to ja przełączam na ekran, na którym jest wyłącznie godzina. Pora dnia. I to mi wystarcza. I wówczas już presja sobie idzie pa pa, ja troszkę bardziej uczę się odczuwać własne ciało. Oczywiście później mogę sobie sprawdzić, co tam słychać w wykresach, jaka jest moja wydolność, jakie jest obciążenie treningowe i czy spałam lepiej czy gorzej. Natomiast nie czynię trackerów jakimiś takimi wyroczniami i nie chciałabym, żeby mi towarzyszyły non stop. Nie chciałabym być pod presją trackerów.

    Wiem, że niektórzy ludzie na przykład używają takich aplikacji do nauki języków – i tam też właśnie są takie ciągi nauki. I też właśnie nie bardzo chcą przerywać ten ciąg. Ja z kolei miałam też coś takiego z aplikacją, w której sobie ustawiłam cel pod tytułem: „nie jem cukrów prostych” i odhaczałam codziennie, codziennie… codziennie… I później, nawet gdy była jakaś okazja, szłam na jakieś urodziny, albo jakieś spotkanie – spokojnie bym mogła sobie coś słodkiego zamówić, zjeść – a tymczasem ja sobie tak myślałam: „ojejku, tam mi się przerwie ten ciąg!”

    To jest chyba trochę niezdrowe, nie?
    Tak sądzę…

    (Plansza Rozdział #6 – Powiedzenie komuś o swoim postanowieniu)
    Kolejna metoda, czyli powiedzenie komuś o swoim planie czy postanowieniu.
    Ta metoda u mnie też kompletnie nie działa. A to z tego powodu, że mam takie wrażenie, że dopóki to postanowienie sobie siedzi we mnie, to mam dużo więcej takiego samozaparcia, chęci, energii do tego, żeby rozpocząć. Natomiast gdy ja już komuś o tym opowiem, to ta energia wyrzucona na opowiedzenie tego temu komuś sprawia, że nagle mam mniej energii, żeby działać. To tak jakby cała para szła w gwizdek.

    I to jest kompletnie bez sensu.

    Bo w sumie bez sensu jest taki wydatek energii na gadanie o tym, co ja chcę robić. No nie… jak dla mnie powiedzenie komuś o tym, co mam w planach – kompletnie nie działa.

    Natomiast takim drugim aspektem przy mówieniu komuś o tym, co ja planuję i co ja sobie obiecuję, jakie mam postanowienie – to jest tak, jakby poszukiwanie motywacji zewnętrznej. A motywacja zewnętrzna w postaci znajomego, który będzie… nie wiem… w roli strażnika tego postanowienia? No… trochę głupie, nie?

    Motywacja wewnętrzna działa dużo lepiej, a właściwie taka potrzeba wewnętrzna, żeby coś zrobić, coś zmienić i znaleźć te siły w sobie i tę konsekwencję, która jest niezbędna do tego. A ponadto takie przekonanie wewnętrzne. Silne przekonanie, że to co ja sobie postanowiłam, to ja naprawdę chcę to zrobić dla siebie i że to jest słuszne z mojego punktu widzenia. Dla mnie.

    (Plansza Rozdział #7 – Umowa z samą/-ym sobą …pisemna =) )
    Ostatni punkt, czyli umowa z samym sobą na piśmie.

    Tak. Tak.
    Umowa pisemna z samym sobą, samą sobą.

    U mnie coś takiego jest totalną rzadkością. Czasami w swoim dzienniku sobie wpisuje, że chciałabym to, to i to, albo już więcej nie będę robić tego i tego. No siłę rażenia to ma taką średnią, bo w sumie dziennik jest po to, żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale, emocje, radości, frustracje, whatever. I takie obiecywanie sobie czy komukolwiek w emocjach, no nie jest najlepszym pomysłem (śmiech) …tak generalnie…

    Niemniej jednak mam taką jedną umowę na piśmie, spisaną z samą sobą. Spisałam tę umowę już sporo czasu temu. Przyszło to do mnie po wielu różnych perturbacjach życiowych w relacjach – i akurat ta umowa dotyczy moich relacji damsko-męskich ewentualnie.

    Umowa jest spisana na jednej kartce, osobnej, wpięta do specjalnego segregatora, gdzie trzymam rzeczy ważne – i czasami do niej wracam.

    A cóż to za umowa?

    To moje standardy odnośnie wchodzenia w jakiekolwiek ewentualne relacje damsko-męskie, romantyczne. Umowa zawiera pięć punktów. To jest pięć wytycznych dla mnie. Takie podstawy podstaw, które muszą zostać spełnione, abym ja zdecydowała się wejść w jakąkolwiek ewentualną relację damsko-męską, o charakterze romantycznym.

    I nie, w tej umowie nie ma nic o tym, że nie wiem… mężczyzna ma mieć metr osiemdziesiąt wzrostu i mieć brązowe oczy, albo czarne włosy, czy coś tam. Nie. To są raczej takie rzeczy, które świadczą o człowieku. O jego podejściu do świata, ludzi, zwierząt i tak dalej.

    Dziś bardzo cieszę się z tego, że sobie kiedyś spisałam tę umowę, bo za każdym razem, gdy do niej wracam, dochodzę do wniosku, że w sumie jest kompletna. Nic bym do niej nie dopisała, nic bym tam nie ujęła. I rzeczywiście daje mi podstawę do tego, żeby faktycznie zastanowić się, czy ta konkretna osoba jest dla mnie.

    …No jak dotąd nie było takiej osoby, (śmiech) bo nadal jestem singielką… (śmiech)

    Myślę, że ta konkretna umowa wiele ułatwia, gdy człowiek jest akurat niesiony emocjami, zalany tą całą miksturą chemiczną. I tak trochę to ściąga na ziemię. Trochę ściąga na ziemię i daje podstawę do przemyślenia jeszcze raz, czy jestem na dobrej drodze, która mnie może zaprowadzić do szczęśliwego finału, czy może jestem na ścieżce, która mnie właśnie prowadzi na manowce – a ja akurat tego nie dostrzegam, no bo… no chemia no..!

    Tak prawdę mówiąc, w sumie szkoda czasu, nerwów, zdrowia. Mamy tylko jedno życie i… – przynajmniej ja tak uważam, że mamy tylko jedno życie – i szkoda, żeby przeżyć je w stresie permanentnym.

    A jak to jest u was, u ciebie z tym dotrzymywaniem słowa samemu sobie, samej sobie?
    Czy masz jakieś sprawdzone swoje metody?
    Czy nadal szukasz?
    Czy jesteś w fazie testowania jakiejś metody ciekawej?

    Podziel się w komentarzach ze mną, z innymi ludźmi, którzy tutaj przyjdą i będą odsłuchiwać ten film.

    Ze swojej strony przyznam, że branie odpowiedzialności za nasze decyzje, za działania, zaniechania, buduje w nas poczucie sprawczości. Jeśli ja zdecyduję, wybiorę, zrobię / nie zrobię… coś głupiego – to czując, że mam sprawczość, że to była moja decyzja lub brak decyzji, (to też czasem decyzja) – to wiem, że coś może jest jednak zależne ode mnie. I… i że następnym razem, po wyciągnięciu wniosków, być może mogę zdecydować inaczej, lepiej. Zadziałać inaczej, albo dać sobie spokój.

    Tak naprawdę jesteśmy ludźmi. Mamy prawo do błędów, mamy prawo do „fallstartów”. Mamy prawo do testowania różnych metod – oczywiście o ile nie robimy innym krzywdy.

    (wchodzi muzyka w tle)
    Na dzisiaj to tyle. Jeśli ci się podobało, proszę, zalajkuj, skomentuj, zasubskrybuj.

    Dziękuję również za dotychczasowe wasze subskrypcje, lajki.

    Myślę, że kanał będzie raczej należał do takich kameralnych i postaram się, żeby tutaj była fajna, miła atmosfera. Taki „comfort zone” dla nas wszystkich.

    A tymczasem… żegnam się z wami, zapraszam na kolejny odcinek i – jak zwykle:

    bądźmy uważni – po drodze.

    Pa!

    (podgłaśnia się muzyka)
    (plansza końcowa)

    #Obiecanki #ObiecywanieSobie #Postanowienia #PoDrodze #SlowLife #ComfortZone #Spokój #Vlog #Zwyczajność #Życie #Podcast #Uważność #Kobieta #45+ #Droga

  • S.O.S. upałowe – #s01e04

    S.O.S. upałowe – #s01e04

    Rozdziały w filmie:

    0:00 Wstęp – o pierwszej truskawce z tarasu
    0:38 Ania ogrodniczka się rozkręca
    1:05 Stół ogrodniczy
    1:45 Powrót do treningów
    2:26 Dobre jedzonko
    3:18 Słuchawki z przewodnictwem kostnym?
    6:16 Mój prywatny zachwyt nad prawdziwym latem
    7:21 Wspomnienie mojego dawnego Golden Retrievera
    7:38 Owczarka niemiecka dba o pańcię
    8:09 Refleksje nad moją nauką mówienia do kamery
    9:01 …i już po wizycie w sklepie
    10:54 Piesia na dywaniku u pańci, czyli masaż dla psa
    11:53 Jak pracuję nad odcinkami vloga
    12:10 Upałowy S.O.S. – czyli jak przetrwać upały?
    13:21 Zasłanianie ciała
    13:54 Wentylator vs. klimatyzacja
    16:09 Schładzanie się wodą
    17:50 Materiały dobre na upał
    19:47 Schładzanie ubraniem
    20:18 Dłuższe refleksje o wachlarzach
    26:26 Nawadnianie i odwodnienie
    28:55 Ręczniczki na imprezę i nie tylko
    31:31 Co zamiast basenu?
    31:53 Termoregulacja u psa
    32:31 Pies pod wentylatorem
    32:46 Jak nauczyłam psa tolerowania spryskiwacza z wodą?
    34:19 Trochę o kolorach w kontekście psów
    35:52 Gorący chodnik a psie łapy
    37:19 Wysiłek u psa w upale
    38:39 Mata chłodząca dla psa?
    39:31 Kostki lodu dla psa?
    40:50 Zaproszenie do dyskusji, ogłoszenia, podziękowania

    Transkrypcja odcinka:

    (początek-zajawka)
    Druga połowa czerwca przywitała nas zdecydowanie lepszą pogodą. Wreszcie wyraźnie się ociepliło, a coraz więcej słońca, docierającego na mój taras sprawiło, że moje truskawki doniczkowe nagle szybciej zaczęły rosnąć i pojawiła się pierwsza czerwona, gotowa do degustacji.

    Była w smaku… [parsknięcie] taka sobie.
    Za to jaka radość, że udało mi się wyhodować coś własnego, jadalnego. Zapraszam.

    [muzyka]

    [plansze tytułowe]
    „Po Drodze”
    …by Anna

    [cichnie muzyka]

    Zachęcona pierwszym takim truskawkowym sukcesem, nazwijmy to, postanowiłam znów się wybrać do sklepu ogrodniczego, nabyć kolejne doniczki, koniecznie ceramiczne i nasiona: pietruszki, koperku i szczypiorku. Czekają na razie na wysianie, bo trochę mi zabrakło czasu na zabawy w ogrodniczkę.

    Za to spójrzcie, co wypatrzyłam w sklepie.

    Czyż ten stół ogrodniczy nie jest przepiękny? Chciałabym móc mieć takie cacko, ale metraż mojego miejsca na ziemi nie bardzo na to pozwala. Zatrzymałam się zatem tylko i podziwiałam. Nie wiem, czy ktoś z was podziela mój zachwyt – niech napisze pod filmem.

    Spokojnie. Nie jest to lokowanie produktu. Po prostu muszę kiedyś usiąść do komputera i nauczyć się blurowania artefaktów na filmach. Na razie nie miałam do tego weny. Wybaczcie.

    Powrót do treningów stał się faktem. Treningi bardzo różnicuję i dostosowuję tak, aby nie przesadzić, jednocześnie wzmacniać różne partie ciała i jednocześnie dawać ciału impuls do zwiększania wytrzymałości, wydolności – ale nie tylko. Również elastyczności, rozciągnięcia – jest to niezbędne.

    [muzyka]

    [dźwięk gotującej się wody w garnku]

    Co my tu dzisiaj mamy?
    Warzywka na parze…
    Mhmmm…
    Będzie pysznie.

    To mamy obiadek: ziemniaki, marchewka, tutaj kalafior, fasolka, kopereczek, no i oczywiście bułka tarta w masełku, plus białeczko – jajeczko. Ja lubię dobrze wysmażone. Nie lubię takiego, które się rozlewa. Także no… to zaraz będzie szamanko.

    Pojawiła się potrzeba, by coś zrobić z słuchawkami, bo bez muzyki jest mi trudno trenować. Ze spadającymi już z uszu, ze starości nausznymi też nie wszystko można zrobić. No i zrobiło się upalnie.

    [dźwięk wentylatora samochodowego]
    Kocham nawiew.
    Po prostu kocham nawiew.
    Klima się może schować.
    Cudownie….
    Gorąco dzisiaj, wreszcie lato. Nie narzekam absolutnie. Czekałam na to cały, cały rok i długo marzłam. I bardzo, bardzo potrzebowałam się wreszcie wygrzać, ale tak porządnie wygrzać. I chyba ten weekend nam to właśnie przyniesie. Dzisiaj jest piąteczek, piątunio. Jadę sobie do pewnego sklepu z elektroniką sprawdzić takie słuchawki z przewodnictwem kostnym – na lato. Przy okazji będą do pływania.

    Miałam już kiedyś takie właśnie do pływania, do treningów, takie z pamięcią, które po prostu mogą robić za osobne urządzenie grające z odtwarzaczem MP3. Nie potrzebują zupełnie do tego połączenia ze smartfonem, co jest fajne, bo wtedy dużo mniej baterii zużywa. No a te akurat mają być również z możliwością połączenia po Bluetooth i na przykład prowadzenia rozmów. Fajna sprawa. Miałam już takie słuchawki, ale były douszne, dokanałowe i niestety, ale potem już po prostu dostałam uczulenia na to, co się wkłada do kanału. Właściwie one nie były jakoś tak mocno dokanałowe, tylko tak lekko, ale mimo to te wkładki po prostu mnie uczulały i… no i to był bardzo duży dyskomfort. Strasznie lubiłam te słuchawki. Zresztą one nadal działają, ale już chyba niestety nie dam rady. I chcę właśnie dać szansę takim z przewodnictwem kostnym. Bo z kolei mam na uszne słuchawki sportowe, ale raz – że te, które miałam bezprzewodówki już się psują i w ogóle się na uszach nie trzymają, więc nie ma szans zrobić z nimi treningu. A z drugiej strony, no latem, jejku, jakie to jest wkurzające, jak się ma całe uszy zasłonięte, to się po prostu człowiek poci pod tym… No…, no można sobie wyobrazić. Dobra, no to sobie jadę.

    Ojejku, ale jest bosko, gorąco…mmm… [westchnienie] [śmiech]
    Wiem, wiem, ludzie, którzy kochają chłód, którzy uwielbiają na przykład sporty zimowe, zimę, narty, jesień, powiedzą może, że zwariowałam, ale ja po prostu jestem ciepłolubem i chyba powinnam się przenieść do jakiegoś kraju południowego albo – nie wiem – latynoskiego, gdzieś w Ameryce Środkowej i wtedy by było okej.

    W tej chwili ciągle mi się wydaje, że jest już sobota popołudnie, a tymczasem to jest dopiero piątek. Dopiero co przecież skończyłam pracę całkiem niedawno, ale już po pracy tyle rzeczy ogarnęłam, że [śmiech] wydaje mi się, że kolejna doba minęła. No bywa.

    Fajny pies idzie z kijem w pysku [śmiech]. Zdobycz ze spacerku.
    Ech… aż mi się przypomniał mój Golden Retriever, zawsze miał jakieś zdobycze. Moja owczarka czuje się zbyt poważna na to chyba, żeby się bawić i latać za kijami. Ona jest na tyle mądra, że jeśli chcę, żeby ona biegała i się w jakiś sposób bawiła, to ja też muszę biegać. Nie ma tak, że ja stoję, nic nie robię, a ona będzie sama się bawić i robić różne rzeczy i biegać. Nie, nie, nie! Pańcia też się musi wtedy ruszać. Pańcia też wtedy razem musi biegać z nią, ją zachęcać. Tak… ona dba o kondycję swojej Pańci. To nie ma tak łatwo…

    Zauważyłam, że łatwiej mi się nagrywa z samochodu, gdy prowadzę, bo prowadząc skupiam się na tym, co się dzieje na drodze, a dzięki temu nie spinam się. Jakoś tak naturalniej mi idzie mówienie. Bo gdy zbyt mocno myślę o tym, że właśnie mówię do kamery, to wtedy już nic nie wychodzi, wszystko się sypie.

    No.
    To jestem na miejscu.
    Miło. No to idę obadać, co tam ciekawego dają. Właściwie sprzedają. [odchrząknięcie] Nie ma nic za darmo. Nie w tym świecie.

    U mnie zakupy bardzo szybciutko. Mamy słuchaweczki… Pyk – będziemy testować.

    Ja sobie zawsze dokładnie sprawdzam wszystkie dane techniczne, porównuję i tak dalej w internetach, potem sprawdzam, czy są na stanie w którymś ze sklepów, jadę prosto do sklepu, pokazuję zdjęcie z kodem produktu, z nazwą produktu. Pan mi tylko znalazł w szafeczce, skasował… w ten sposób robię zwykle zakupy. Szybko pewnie, zdecydowanie.

    Nooo… chyba, że muszę zamawiać przez internet, ale w sumie to też wcale nie jest taka zła opcja, zwłaszcza w czasach, kiedy są paczkomaty i nie zawsze trzeba czekać na kuriera. Na kuriera zazwyczaj czekam wtedy, gdy przyjeżdża jedzonko dla mojej Niuni, bo to jest 15 kg. Więc nie weszłoby do paczkomatu…
    Raczej…

    Koniecznie trzeba umyć ten samochód, ale nie chcę wywoływać deszczu niepotrzebnie [śmiech]
    Nie teraz, nie teraz!
    Tak pięknie się ten weekend zaczyna… ale podobno mają być jakieś burze.
    Tak, że wszystko się może zdarzyć…
    [podśpiewuje] „…♫♪ gdy głowa pełna marzeń ♪♫ …”

    Plansza: …tydzień później 🙂

    [zwraca się do psa]
    Nuniaaa…
    Zapraszam! Zapraaaaszam…
    Chodź na dywanik. Niuś, dywanik… Dyyywanik, taaaak… No? fajnie? Fajnie. Jaka zadowolona Lilka. Niech mnie też tak ktoś wymasuje… Tu jest ważny mięsień, nie pamiętam jak się nazywa, ale jest. Widzę, że tutaj jest najbardziej pożądane masowanko. Okej! Ślicznie! Pięknie piąteczka!

    [muzyka]

    Z okazji upałów postanowiłam nagrać taki kącik, „Upałowy SOS”, czyli moje sposoby zaczerpnięte od osób z ciepłych krajów właśnie na upały.

    Ja akurat jestem ciepłolubem, no ale też nie jestem terminatorem, więc ciało się nagrzewa, przegrzewa, trzeba je schładzać i nawadniać.

    Mamy prawdziwie letni weekend, bardzo, bardzo gorący w tej chwili. Najgorętszy chyba będzie, no przypuszczam, w tym roku to już będzie najgorętszy. Te temperatury są naprawdę wysokie. Wszędzie o tym trąbią i ostrzegają, i tak dalej. W tej chwili wiem, że moja piesełka kochana no kiepsko znosi i coraz gorzej znosi takie upały, więc nawet byłabym w stanie zrezygnować z takiego gorąca. Bo ja lubię gorąco, aczkolwiek to aktualne jest troszeczkę przesadą. Tacy ludzie, którzy mieszkają w tych bardzo ciepłych krajach typu nie wiem Jamajka, Kuba, Meksyk, od osób stamtąd podłapałam trochę takich metod, które bardzo pomagają przy upałach.

    Zazwyczaj osoby, które mieszkają w takich bardzo ciepłych krajach, chociażby spójrzmy na Afrykę Północną i kraje arabskie, tam tak naprawdę zasłaniają całe ciało. Nie odkrywają tego ciała, tylko zasłaniają całe ciało, żeby izolować chociaż troszkę od tego upału.

    Kolejną rzeczą jest wentylator. Okej, ja już pomijam w tym momencie klimatyzację. Nie każdy klimatyzację posiada, nie każdy sobie ją może założyć, zresztą nie każdy może przebywać w ogóle w klimatyzacji. Są osoby, które bardzo cierpią, gdy klimatyzacja jest włączona, bo nie wiem, choruje, ma alergię, whatever… Albo na przykład trudny jest dla niego do wytrzymania ten szok termiczny, gdy przychodzi z upału do tego chłodu, a później z tego chłodu wychodzi na patelnię w mieście. Zazwyczaj tak jest. Ja na przykład w samochodzie bardzo rzadko korzystam z klimatyzacji. Bardzo rzadko. Wolę nawiew – od zawsze [śmiech]. Natomiast jak już jest naprawdę upał i muszę trochę więcej spędzić czasu w samochodzie, to już włączę tę klimatyzację. I pamiętam jak byłam przekonana, że gdy się włącza latem klimatyzację, to się robi za zimno w samochodzie. I kiedyś mój bardzo fajny mechanik samochodowy wytłumaczył mi, że… (być może będzie to dla kogoś informacja nowa, być może wielu ludzi o tym wie, ale może są osoby, które były no tak jak ja wtedy nieświadome tego), że na takie zjawisko jest metoda i wystarczy po prostu przy włączeniu klimatyzacji temperaturę nie skręcić na zero, tylko temperaturę podkręcić na troszkę ciepła. Nie całkiem ciepło, ale na troszkę ciepła i wtedy ta temperatura jest optymalna. I nie wieje zimnem. Ja generalnie uwielbiam nawiew. U mnie gdy jest upał, cały czas chodzą wentylatory. Pewnie słychać i te wentylatory chodzą dosłownie dzień i noc. Miałam kiedyś kolegę w Meksyku, z którym rozmawialiśmy na na kamerkach często. To dawno temu było, gdzieś ze 20 lat temu, czy jak nie lepiej. I już wtedy dostrzegłam, że u niego po prostu ciemna noc, a wentylator cały czas chodzi, nie? To mi trochę dało do myślenia.

    Kolejna rzecz to jest moczenie siebie, spryskiwacz do kwiatków plus wentylator. Niektórzy pryskają spryskiwaczem pod wiatr wentylatora i wtedy ten wentylator po prostu rozbryzguje te drobinki wody na człowieku w taki bardzo przyjemny sposób. Ja z kolei wolę po prostu spryskać siebie bezpośrednio. W tej chwili również psa spryskuję bezpośrednio. Nauczyłam już ją. Na widok spryskiwacza – ona już się cała uaktywnia, bo już bardzo chce, żeby zrobić jej deszczyk. Wiadomo, że gdy na człowieku jest woda i jeszcze jest nawiew powietrza, robi się od razu chłodniej.

    Kolejna rzecz, bardzo dobry sposób – od czasu do czasu po prostu oblać głowę wodą. To naprawdę dużo robi. Gdy bardzo często wyjeżdżałam gdzieś tam w trasę na rowerze, daleką trasę, latem, gdy był upał (tak jeździłam w takie trasy bardzo dalekie, uwielbiałam tak zwane „szwendactwo rowerowe”, tak to nazywałam sobie – jechałam w „dłuższą szwendającą”), brałam sobie bidon z wodą do picia i drugą butelkę z wodą do polewania siebie. I jeszcze w dodatku wiązałam sobie chustę, taką arafatkę na głowie i jak oblałam się tą wodą, to ta chusta mnie po prostu cały czas chłodziła. I po jakimś czasie ona wysychała od upału. No i trzeba było znowu się oblać wodą. Czasami jak zabrakło wody, to się podjeżdżało do jakiegoś jeziorka, chustę się namaczało i na głowę. Bardzo dobry sposób.

    Kolejnym sposobem jest ubranie z bardzo naturalnego materiału. Ludzie, którzy mieszkają w bardzo gorących krajach typu właśnie Ameryka Środkowa czy Indie – oni naprawdę wiedzą jak to się robi.

    Po pierwsze to jest zawsze naturalny materiał typu: bawełna, wiskoza len. Po drugie materiał jest utkany tak jak ja mam tutaj tą sukienkę. To jest akurat indyjska sukienka. To jest 100% wiskozy i ona ma taką strukturę bardzo siateczkową. Nie wiem czy to widać, ale jest taka bardzo przewiewna. Dodatkowo jest kreszowana, czyli ma takie nierówności, tak jakby była lekko pognieciona. Dzięki czemu ona nie przylega całkowicie do ciała i przez to jest jeszcze lepszy przewiew. Autentycznie ja w tych sukienkach, bo kupiłam sobie aż trzy (akurat w tej sytuacji nie opłacało się zupełnie szyć, zresztą ja w tej chwili szyć nie mogę, bo nie wysiedziałabym niestety) – i jak dopadłam te tutaj w sklepie okolicznym i zobaczyłam, że to jest 100% wiskozy, że to jest robione w Indiach i że taką strukturę ma – to ja już się nawet za bardzo nie zastanawiałam, czym to było barwione, że takie tanie [śmiech] (no cóż, coś za coś) – zrobiłam wyjątek i nabyłam sobie od razu trzy kolory tej samej kiecki. W każdej chwili mogę ją później przeszyć, zwęzić, zrobić cokolwiek, czy tam skrócić, gdy zgubię troszkę kilogramów.

    Dobra offtopic.

    Nie klei się do ciała, bo właśnie ma taką nierówność, a ponadto dzięki temu nie trzeba tego prasować. Więc tylko pierzemy, podsuszamy i na siebie.

    Natomiast jeżeli jest naprawdę bardzo gorąco, to taką właśnie sukienkę można włożyć do wody, czy na przykład tylko górę pod kran i nałożyć na siebie. Gdy jest naprawdę bardzo gorąco.

    Kolejną rzeczą, która jest, uważam, świetna, gdziekolwiek się nie idzie…
    [odgłos rozkładanego wachlarza]
    …wachlarzy mam ogrom, mnóstwo. Są wszędzie przy moim miejscu pracy, w moim plecaku, na treningi i na wyjścia gdziekolwiek w torebce, gdy idę na jakąś imprezę z tańcami, generalnie na co dzień. Na co dzień, od święta, na imprezy, na treningi, gdziekolwiek jestem, mam wachlarz i on naprawdę robi robotę.

    Pamiętam jak ileś lat temu przychodziłam na przykład do klubu latino. Bardzo lubię tańczyć tańce latynoskie i nie tylko, ale o tym może kiedy indziej. Przychodziłam do klubu latino, żeby się wytańczyć. W sumie zawsze przychodziłam jak na trening, czyli pulsometr włączony, tańczyłam do upadłego i jechałam do domu się wyspać. [śmiech] Zazwyczaj to już było przed północą i śmiałam się z siebie, że jestem Kopciuszkiem. [śmiech] Bo zwiewam z imprez przed północą. Ale wracając. Pamiętam jak ludzie na mnie dziwnie patrzyli, gdy ja wyjmowałam właśnie wachlarz.

    A potem… zaczęli się podłączać, na przykład stawali za mną, gdy ja się wachlowałam i korzystali. W ten sposób bardzo dużo bardzo fajnych znajomości nawiązałam. I z czasem zauważyłam, że coraz więcej kobiet zaczęło się właśnie wyposażać również w takie wachlarze i nosiły te wachlarze ze sobą. I w zasadzie ode mnie się tutaj w mojej grupie, że tak powiem, znajomości – ode mnie zaczęło się używanie właśnie wachlarzy. Świetna sprawa.

    Kiedyś dostałam przepiękny wachlarz z Hiszpanii od wdzięcznej znajomej – w prezencie. Hołubiłam ten wachlarz, bo był naprawdę świetnie zrobiony, mocny, był piękny… piękny, solidny. I kiedyś właśnie w klubie latino odłożyłam go na taki barek, tam gdzie mogliśmy sobie postawić wodę, czy tam co kto pił. No ja akurat zawsze wodę. I ktoś mi… Facet! Bo widziałam końcówkę, ale o pół sekundy za późno, żeby zareagować.

    Facet zwinął mi ten wachlarz.
    Facet…
    Ukradł wachlarz.

    I bardzo, bardzo żałowałam tej straty. Niestety wachlarza nie udało się odzyskać, bo facet zniknął. Zresztą tego samego wieczoru, jak się okazało, zniknął też złoty łańcuszek pewnej dziewczyny, która też przy tym właśnie barku odpoczywała sobie przy drinku swoim. Tak, że nooo tam się podziało wtedy tego wieczoru.

    No ale wachlarz?!
    [udaje dźwięk eksplozji]
    [śmiech]
    No dobra…

    Wachlarze są różne i ja akurat bardzo lubię te drewniane na wyjścia, aczkolwiek mam ze dwa takie plastikowe, takie zwyczajne plastikowe. One są całkiem niezłe, gdy muszę wetknąć gdzieś tam do tylnej kieszeni. Czasami chcę mieć wolne ręce, więc jeżeli ktoś chce sobie do tylnej kieszeni w spodniach na przykład włożyć, to taki drewniany, on się połamie. Może się połamać. Natomiast taki plastikowy zupełnie, z miękkiego, giętkiego plastiku. O, już przyniosłam sobie tego typu. To jest plastik z materiałem. On jest lekko giętki. Niewiele mu się stanie, gdy nawet się włoży tam do tylnej kieszeni. I również daje naprawdę bardzo dużo wiatru. Takie czasami ze sobą noszę, gdy właśnie idę i nie mam gdzie włożyć po prostu tego wachlarza, jakieś torebki większej i muszę wetknąć sobie do tylnej kieszeni, no bo takie drewniane, no one są jednak sztywne i tutaj jest większe prawdopodobieństwo, że one się złamią. Miałam też trochę takich… już trzy..? Trzy takie niestety zużyłam. Właśnie mi się połamały, bo wkładałam je do kieszeni. [śmiech] One były bardzo fajne. To wszystko z Allegro, a to kiedyś dostałam jeszcze od mojej matki. Ona akurat miała taki gust. No ale też w sumie jest bardzo fajny. Tak, że wachlarze świetna sprawa.

    Nawet jak poszłam na zajęcia Tai Chi do szkoły Tai Chi i któregoś dnia było mi tak gorąco na sali, że po prostu wyjęłam sobie wachlarz i zaczęłam się wachlować, a wszyscy tak popatrzyli… Później dopiero zorientowałam się, że w ogóle jest taki rodzaj Tai Chi wykonywany z wachlarzem, aczkolwiek to jest zupełnie inny wachlarz. Wachlarz w Tai Chi to jest broń [parsknięcie] – tak a propos. Chyba muszę zrobić odcinek o wachlarzach…[śmiech]

    Wachlarz w Tai Chi to jest broń. I tutaj gdzie my mamy, o, może lepiej pokażę na tym, będzie lepiej widać. To co my tutaj w tym wachlarzu mamy takie plastikowe żeberka, to w wachlarzach Tai Chi, które są dużo większe, to tam są takie ostre szpikulce metalowe, więc tam wachlarz jest bronią. I gdy mnie instruktorzy zobaczyli z wachlarzem, że ja się wachluję, to myślę, że zobaczyli potencjał [śmiech] swojej początkującej adeptki.

    Tak, że tak…
    Dużo było o wachlarzach.

    Kolejna rzecz – nawadnianie.
    Tak, nawadnianie. Przy upałach – z jednej strony nie można zapominać o tym, żeby pić dużo wody, pić dużo płynów, ale trzeba też pamiętać o tym, że gdy dużo pijemy i dużo się pocimy, to tracimy z naszego ciała sole mineralne, elektrolity. Przy braku odpowiedniej ilości wody może nam się zagęszczać krew. Wtedy serce dużo ciężej musi pracować, by pompować taką właśnie gęstszą krew. Ta krew nie dociera w tych najmniejszych naczynkach włosowatych tam gdzie trzeba, bo po prostu nie ma tam dostępu, bo jest za gęsta. Są bóle głowy. Ja nie jestem lekarzem, ale po prostu ja to odczułam na swoim ciele i zgłębiałam temat ze względu na siebie i swoje zdrowie. Pojawiają się właśnie bóle głowy, migreny, zawroty głowy, tego typu rzeczy. Natomiast gdy już okazuje się, że wypłukaliśmy elektrolity, bo dużo piliśmy, dużo się pociliśmy, to objawy już są naprawdę mocne. I człowiek jest bardzo, bardzo mocno osłabiony i nie pomaga to, że coś zjadł, nie pomaga to, że się czegoś napił. Jest potwornie osłabiony, kręci mu się w głowie, w ogóle jest kompletnie nie do życia. I ja sobie wtedy po prostu zawsze strzelę elektrolity, a później jeszcze sobie poprawię. Zresztą przy wypłukanych elektrolitach również kończy się to bólami głowy czy migrenami na przykład w moim przypadku. Także u mnie generalnie zaczyna się ból głowy, to w pierwszej kolejności woda, potem elektrolity, albo najpierw elektrolity, potem woda, potem jedzenie i odpoczynek, nie? I później ten organizm zatrybi, że tam już się ładnie wyrównuje wszystko. Nawadnianie super ważne. Z odwodnienia, z zaburzeń elektrolitowych, z niedostatków wody w organizmie – można mieć bardzo poważne problemy zdrowotne, wylądować nawet w szpitalu albo się przekręcić na tamten świat. Tak, że trzeba tutaj bardzo, bardzo mocno uważać.

    Kolejną rzeczą, bardzo przydatną, podpatrzoną od właśnie osób z cieplejszych krajów – sposobik, który jest bardzo powszechny na przykład na Kubie czy na Jamajce. Gdy ktoś idzie sobie na imprezkę potańczyć, zabiera ze sobą malutki ręczniczek i wkłada go sobie z tyłu do kieszonki. W tamtych krajach niektórzy zostawiają ten ręczniczek tutaj taki wystający, żeby było stylowo przy tańczeniu i tam ten ręczniczek przy okazji się majta i w ogóle, i łatwiej tam go złapać, żeby się otrzeć. Ja wiem, że dla kobiety, która kładzie na siebie full makeup, no nie jest to najłatwiejsze, żeby się wytrzeć ręcznikiem. Ale z pewnością może chociaż troszkę sobie pomóc. Ja również takie ręczniczki malutkie zawsze mam na treningu ze sobą, gdzieś tutaj zatknięte, oprócz tego dużego ręcznika, który na przykład tam kładę na macie, czy na sprzętach na siłowni – to ja zawsze jeszcze mam dodatkowy ręczniczek właśnie tutaj do ocierania twarzy. Czasami jak szłam na imprezę latino, to oprócz ręczniczka gdzieś tam albo w torebeczce malutkiej, albo właśnie w tylnej kieszeni spodni, miałam jeszcze normalnie tutaj [wskazuje na nadgarstek] frotkę. Tylko frotka, no umówmy się, ona za dużo nie pochłonie tutaj wilgoci, tak że może być trochę problematyczna. Ręczniczek jest dużo lepszy. Ja takie ręczniczki malutkie sobie uzyskuję z dużego ręczniczka, takiego kupionego w jakimś sklepie sportowym. Takie wiecie – szybkoschnące, takie cieniutkie, które są na siłownię, na basen czy na wyprawę. I ja sobie po prostu zawsze potnę na mniejsze ręczniczki, obrzucę na maszynie, jeśli mi się chce i mam takie ręczniczki. Wtedy mam taki kolor, jaki chcę, a nie taki, jaki jest dostępny. I zresztą mam z tego ręczniczka, który szybko schnący jest. I wtedy on jest bardzo malutki, można go mocno zwinąć, i nawet do małej torebeczki sobie wrzucić…

    więc…
    straciłam wątek…
    odpłynęłam…

    I na trening, i na imprezę, w odpowiednim kolorze. Żeby nie było od razu widać, że trochę makijażu się odbiło.
    Wiadomo…
    Wiadomo.
    [śmiech]

    Kolejna metoda jest bardziej dla osób, które mają w domu wannę. Wiele osób sobie po prostu napuszcza chłodniejszej wody do wanny i ta woda sobie stoi, a oni sobie co jakiś czas po prostu idą się schłodzić do tej wanny, wychodzą i mają efekt jakby byli gdzieś nad wodą, gdzieś na basenie, ale bez potrzeby wychodzenia na tę patelnię, na słońce.

    U mnie jeszcze jest piesełka Lila, która jest owczarkiem niemieckim.

    Owczarki niemieckie mają bardzo grube podszerstki, które są świetną izolacją, zarówno zimą przed zimnem, jak i latem przed upałem.

    Psy nie pocą się. Nie mogą w inny sposób regulować sobie temperatury ciała niż dysząc. Mają trochę gruczołów potowych wyłącznie na łapach, na poduszkach łap, ale to jest bardziej nie do wymiany temperaturowej, termoregulacji, tylko raczej do pozostawiania śladów zapachowych. Więc tam niestety termoregulacja jakaś nadmierna nie zajdzie.

    Ja swoją piesę od samego początku przyzwyczajałam do wentylatora i z czasem nauczyła się, że jak już jej jest za gorąco, to schodzi z tarasu do cienia i zagaduje po swojemu, żebym ten wentylator włączyła. Potrafi. A ja potrafię to zrozumieć.

    Druga rzecz. To akurat było dużo trudniejsze – bo ona ma taki charakter, jaki ma – więc na przykład spryskiwacz do kwiatów czy pryskanie na nią – początkowo dosyć mocno ją przerażało. I wiele zwierzaków tak ma, że nie lubi jak czymś tam się pryska. Już nawet nie prosto w pysk, ale gdziekolwiek się pryska, to one są takie… no nie pasuje im to. Co prawda długo mi to zajęło, żeby ją przyzwyczaić do spryskiwacza. Ale to naprawdę robi robotę i w zeszłym roku wreszcie udało mi się skutecznie ją przyzwyczaić do spryskiwacza na kwiaty.

    Oczywiście nie pryskam jej prosto w pyszczek, tylko uczyłam ją na zasadzie takiej: że pryskałam na siebie i podchodziłam koło niej, żeby również te kropelki wody, drobinki spadały na nią. I ona z czasem zauważyła, że skoro to jest bezpieczne dla mnie i jej się nic nie dzieje, skoro ja pryskam niby na siebie, a przy okazji leci na nią. I z czasem przyzwyczaiła się, że ten dźwięk spryskiwacza to nie jest nic strasznego. I w tej chwili jestem w stanie jej robić deszczyk i podnoszę jej tutaj pysk i tutaj wszystko spryskuję [wskazanie na klatkę piersiową], boki i tak dalej. I ona lubi to. Wręcz, gdy tylko biorę spryskiwacz do ręki, a mam tutaj zawsze ten sam – żółty

    (co ciekawe, to był mój spryskiwacz, jeszcze zanim miałam psa, właśnie na upały i przez przypadek akurat wybrałam sobie żółty. No słońce, te sprawy. Chyba tak mi się skojarzyło. I okazuje się, że teraz mam psa, a psy z kolorów widzą odcienie szarości, niebieski i żółty) – więc jak ja tylko biorę ten spryskiwacz do ręki, to ona już leci. Cała zadowolona. Tak. Cała zadowolona już leci i już wie, co się za chwilę stanie, że tutaj będzie deszczyk, a później zaraz jak jest deszczyk tutaj – i z góry i z dołu – to zaraz leci na kafelki, które są chłodniejsze. I jeszcze w dodatku robię tak, żeby wentylator, który cały czas rotuje, dawał trochę wiatru mi i trochę jej. I ona kładzie się w zasięgu właśnie tego wentylatora odpowiednio dalej (bo zwierzęta są mądre i wiedzą, że nie ma co pod samym wentylatorem leżeć, gdy są mokre) – i to naprawdę robi robotę. Aczkolwiek przy ogromnych upałach, ze dwa lata temu, powiedzmy, gdy jeszcze nie była w stanie akceptować właśnie spryskiwacza na kwiatki, to potrafiła rzeczywiście leżeć przy samym wentylatorze i dosłownie się modlić do niego.

    Kolejny temat, wychodzenie na dwór.
    Po pierwsze, gdy tylko robi się goręcej czy cieplej i słońce się opiera o chodnik przez dłuższy czas, to gdy ja wychodzę na ten chodnik, czy to jest asfalt, czy kostka brukowa, beton – sprawdzam ręką jaka jest temperatura tego chodnika i sprawdzam czy to nie jest za gorące. Nasze psy nie chodzą w butach ochronnych. Gdybyśmy my sobie zdjęli buty i weszli na taki chodnik, parzyłoby nas. Nasze psy również parzy.

    Kolejna rzecz w pewnych godzinach, gdy jest naprawdę gorąco, po pierwsze, niech pies nie ma żadnego wysiłku fizycznego.

    Skończyła mi się bateria w mikrofonie … wyłączyłam na trochę wentylator i spróbuję dokończyć nagranie, polegając na mikrofonie wbudowanym w kamerę.

    Więc sprawdzamy tę temperaturę, czy ona nie jest za wysoka, zanim wejdziemy z psem na taki chodnik. Jeśli trzeba kawałek przebiec – okej, ale żeby ten pies nie szedł długo po takiej temperaturze, bo oparzy sobie łapy. Raczej w tym momencie po ziemi, po trawnikach niech idzie, gdy tylko się da.

    A najlepiej, gdy jest naprawdę duży upał, żeby nie miał wysiłku, bo wtedy nagrzewa się jego ciało. On z kolei znowu nie ma jak regulować tej temperatury, jak tylko właśnie dyszeniem. I to jest właściwie wszystko, co ten biedny pies może zrobić, gdy się zgrzeje. I tutaj jest naprawdę bardzo łatwo o przegrzanie. Więc w ciągu dnia – po prostu – wyjście na toaletę, trudno, niech sobie odpoczywa w cieniu, w domu. Niech sobie leży w spokoju, niech się nie forsuje. Niech ma dostęp stały do wody – to chyba jest oczywiste. Przy upałach dobrze jest tę wodę często zmieniać w misce, płukać tę miskę. No… względy, raz, że higieniczne, a dwa, że po chwili ta woda jest taka… Moja Niunia od razu mnie zaprowadzi do tej miski i spojrzy na mnie: „wymień mi”.

    Przede wszystkim właśnie cień. Dobrze jest pieskowi udostępnić, jeśli tylko się ma, na przykład jakąś podłogę, która jest chłodniejsza, nie wiem, jakieś kafle w łazience, jeśli piesek lubi – fajnie jest mu udostępnić takie miejsce, żeby po prostu miał możliwość się schładzać.

    Maty chłodzące.
    Wiecie co, nie testowałam, ale…
    Ja mogę się nie znać i pewnie są ludzie, którzy się ze mną nie będą tutaj zgadzać i okej. Natomiast dla mnie przyzwyczajenie psa do takiej maty chłodzącej, gdzie tutaj [wskazanie na grzbiet] on jest strasznie rozgrzany, a tu [wskazanie na klatkę piersiową i brzuch] go coś cały czas bardzo mocno chłodzi… Jak dla mnie to jest proszenie się o zapalenie płuc. Nie wiem na ile tematy wychładzają, ale przypuszczam, że dość mocno. I to w tym momencie tworzy chyba trochę zbyt dużą amplitudę między tym, jak zwierzę jest nagrzane i jak tutaj go wychładza.

    Aha! Wiem, że są osoby, które lubią dawać pieskom do gryzienia kostki lodu z wody. Też nie wiem czy to jest najszczęśliwszy pomysł, [westchnienie] bo piesek nie będzie tej kostki lodu jadł tak jak człowiek sobie loda liże powolutku – i może sobie też właśnie gardło załatwić. Nie wiem jak tam żołądek, bo nie zgłębiałam tematu, nie robiłam researchu. Ja to tak sobie mówię z głowy, weterynarzem nie jestem. Mówię to tak w oparciu o pewne obserwacje, które poczyniłam przy różnych zwierzakach, którymi się opiekowałam. I w różnych sytuacjach, które miały miejsce właśnie pod względem przegrzania, wychłodzenia, jakie później były efekty, jak się to później kończyło dla zwierzaka, oczywiście później kończyło się też u weterynarza wizytami, cierpieniem zwierzęcia, kosztami dla opiekuna, no i czuwaniem nad tym zwierzakiem. A jak zwierzakowi coś się dzieje, to opiekun zazwyczaj nie jest w nastroju radosnym. Zazwyczaj tak jest. Nie?… Znamy to.

    Dobra, ale się nagadałam. Ja cięęę…

    Jeśli macie jeszcze jakieś fajne, ciekawe i sprawdzone metody na upały, podzielcie się pod tym filmem. Może ktoś znajdzie coś dla siebie, co będzie akurat jemu lub jej odpowiadać. Być może ja się też czegoś dowiem – czemu nie? Super sprawa wymieniać się doświadczeniami!

    Przeżyjmy jakoś te upały bezpiecznie, żebyśmy mogli przeżyć te dni bez udaru cieplnego, słonecznego i innych tego typu wątpliwych atrakcji.

    Na ten moment to wszystko. Myślę, że już pora zmontować film kolejny. W międzyczasie jeszcze nagrałam materiał do jeszcze innego filmu, takiego trochę bardziej gadanego, więc to pewnie w trochę późniejszym czasie zmontuję – bo myślę, że temat ciepła, upałów jest troszkę bardziej bieżącym.

    [wchodzi muzyka]
    Za pierwsze już subskrypcje i lajki bardzo wam dziękuję. Zachęcam do subskrybowania, do lajkowania, do dzielenia się swoimi przemyśleniami pod filmami. Mnie będzie bardzo miło, a innym osobom, które tutaj trafią, będą tego słuchać, będą czytać te komentarze, z pewnością wyciągną coś dla siebie. Pozdrawiam. Mam nadzieję, że film wam się podobał.

    No i jak zwykle…
    Bądźmy uważni!
    … po drodze

  • Na powierzchni – #s01e03

    Na powierzchni – #s01e03

    Rozdziały w filmie:

    0:00 Dawno mnie nie było…
    0:14 Niełatwy zdrowotnie i życiowo miesiąc
    0:56 Nowy sprzęt do nagrywania
    2:36 Kryzys i proces powrotu do sprawności
    4:04 Skutki długotrwałego nie-tylko-leżenia
    5:18 W życiu też różnie
    5:29 Są i dobre wieści…
    6:32 Co dalej w planach?
    7:03 Owoce (i nie tylko) w donicach na tarasie
    9:02 Poszukiwania i zakup przyczepki rowerowej – joggera – wózka dla dużego psa, owczarka niemieckiego
    12:55 Zaproszenie do subskrypcji, polubienia, podzielenia się przemyśleniami
    13:24 Refleksje końcowe i papatki

    Transkrypcja odcinka:

    Cześć! Tu Ania z kanału „Po Drodze”.
    Dawno się nie widzieliśmy… ale już jestem.

    [muzyka]

    [plansze tytułowe]
    „Po Drodze”
    …by Anna

    [cichnie muzyka]

    Ostatni miesiąc nie należał do łatwych. Było całe mnóstwo ogarniania, były upadki i wzloty, jeżeli chodzi o leczenie mojego kręgosłupa. Ale już dużo łatwiej mi się siedzi, więc można zacząć spokojnie nagrywać, montować.

    Ten miesiąc był też o tyle trudny, że wszelkie czynności domowe musiałam wykonywać w określony sposób, który mi po prostu nie zrobiłby krzywdy, przez co było to tak strasznie męczące, że ciągle czułam się jak… koń po westernie? Coś mniej więcej w tym stylu.

    Mam nadzieję, że w tej chwili i obraz, i dźwięk będą bardzo dobre. Kupiłam sobie w prezencie, takim spóźnionym, urodzinowym – kamerkę, taką do vlogowania razem z mikrofonem. Przez ten czas testowałam ją w wolnych chwilach, żeby zobaczyć jak to działa, jaka jest jakość, jak to wszystko się nagrywa i zapisuje, żeby sobie od razu zrobić jakiś taki uporządkowany system. Bo ja strasznie lubię porządkować wszystko na dzień dobry.

    Tak… [śmiech] cóż, tak mam.

    Przyznam, że jestem zachwycona tą kamerą, a zwłaszcza tym, jak pięknie tutaj pracuje stabilizacja, jak również śledzenie obiektu. To jest bardzo ułatwiające życie, naprawdę. Nie ma już w tym momencie takiego efektu, wiecie, drgań, takiego trzęsienia ziemi, gdy się trzyma tę komórkę w ręku i próbuje się tak z ręki, bez gimbala cokolwiek nagrać, żeby to był płynny obraz – no trochę nie wychodzi. Ale myślę, że już teraz ten problem będzie zażegnany.

    Oczywiście w niektórych sytuacjach nie będę rezygnowała z możliwości nagrania czegokolwiek smartfonem, bo czasami po prostu mam przy sobie tylko ten smartfon. Nie wszędzie zabieram ze sobą kamerę i mikrofon, więc czasami, tak na szybko, gdy jestem poza domem – i z tej opcji będę pewnie korzystać.

    Jeżeli chodzi o dochodzenie do siebie z tym moim biednym kręgosłupem, to w ostatnim miesiącu również zaliczyłam kryzys. Mimo że wiem, że to musi być proces, że to trwa, ale to już było po prostu tak długo, że człowiek się trochę podłamuje. W sumie jak sobie teraz policzyłam, to było trzy miesiące leżenia. Trzy miesiące leżenia w większości. W ostatnim miesiącu już mogłam dołączyć jakieś takie bardzo proste, nieobciążające, delikatne ćwiczenia stabilizujące, parę ćwiczeń rozciągających, ale też rozciągających nie wszędzie. Musiałam bardzo na siebie uważać. Cóż, trzeba było przejść przez te wszystkie fazy. No ale trzy miesiące leżenia to nie jest bajka. [parsknięcie] Plus pracy przy komputerze na stojąco. W sumie dopiero chyba od tygodnia..? Tak… od tygodnia mogę siedzieć przy pracy.

    Szok i niedowierzanie.
    Hura! [śmiech]
    Mamy to!

    Oczywiście ten w większości leżący tryb życia i bardzo oszczędzający, nie wpłynął na mnie najlepiej. Poza tym, że kręgosłup odpoczął i mogły się tkanki zregenerować, to – no cóż – w tym czasie mięśnie utraciły swoją siłę dotychczasową. Stałam się taka… czuję się taka sflaczała, [parsknięcie] jak by to nie zabrzmiało. Do tego czuję się bardzo usztywniona, bo nie mogłam się w normalny sposób rozciągać – czego bardzo, bardzo mi brakowało. Też bałam się cokolwiek robić, mając w pamięci ten nawrót kwietniowy. No to nie było fajne. No i cóż, trzeba też przyznać – i nie ma się co tu oszukiwać – smutki się trochę zajadało… Nie?… Znamy to… [śmiech] Tak, że pocieszanie się, w międzyczasie, podczas leżenia – też nie wpływa najlepiej na ciało, no bo ciało sobie rośnie wszerz.

    Tak, że… no… przybrałam na wadze, przybrałam w obwodach i trzeba teraz coś z tym zrobić.

    W międzyczasie też trochę takich nieprzyjemnych sytuacji codziennych się wydarzyło, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia.

    A co dobrego?

    Dobre jest to, że kilka dni temu doczekałam się wreszcie nagrody za dobre sprawowanie [śmiech] i mój fizjoterapeuta dał mi zielone światło na stopniowy powrót do treningów.

    O szczęście niepojęte!
    Serio, serio!

    Oczywiście od razu poczułam się jakbym była w niebie. Od razu się poczułam jak ten pies, który się zerwał z łańcucha. No ale też musiałam sobie tak pomyśleć, no hola, hola, nie wszystko na raz, nie od razu, nie szalej, bo za chwilę znowu wylądujesz na kozetce u swojego ulubionego fizjo. [śmiech] A akurat tego nie chcemy. Nie dlatego, że nie lubię mojego fizjoterapeuty. Bardzo go lubię i szanuję i pozdrawiam, jeśli przypadkiem kiedyś tutaj trafi. Ale po co sobie znowu robić krzywdę?

    Biorę się teraz za siebie, ale w ten sposób, żeby zrzucić trochę wagi, zrzucić trochę obwodów, wzmocnić mięśnie, wzmocnić rusztowanie wokół kręgosłupa przede wszystkim, no i później wzmocnić resztę ciała. Także rozciągnąć się przede wszystkim, bo jestem zastana straszliwie. Straszliwie!

    No i ustawiłam sobie już treningi tak, żeby ten progres miał możliwość zaistnieć.

    Co jeszcze?

    Na tarasie roślin coraz więcej mam. Moje truskawki, tak eksperymentalnie zupełnie zasadzone na tarasie w doniczkach, gdy zaczęły zawiązywać kwiaty pierwsze, to uznałam, że chyba jednak coś z tego będzie i może lepiej będzie dać im bardziej naturalne doniczki. Czyli ceramiczne. Więc wzięłam je, przerzuciłam z plastikowych do ceramicznych doniczek. I w tej chwili nooo… szaleństwo – tam jest całkiem sporo truskawek już rosnących. Jedna truskaweczka już zaczyna czerwienieć. Ja wiem, ja wiem, mamy połowę czerwca – no ale umówmy się – to jest taras. Tam są troszeczkę inne warunki. No i to było dopiero wiosną, w marcu sadzone.

    Poza tym maliny, krzaczek malin, również eksperymentalnie zupełnie zasadzony. Też mu się już zawiązują kwiatki, jakieś malutkie pierwsze zaczątki owoców. No może być ciekawie. Co prawda te ta malina jest maliną sierpniową. No zobaczymy, co się wydarzy.

    A w międzyczasie jeszcze tam dosadziłam trochę kolorowych kwiatów typu pelargonia, która wytrzyma wszystko, nawet mnie [śmiech], beznadziejną ogrodniczkę Anię. Ale się nie poddaję. No i komarowca jeszcze zdobyłam i pomyślałam sobie, że może jednak te komary trochę postraszę tam jednym krzaczkiem. Kto wie? A tak na serio to bardzo lubię komarowca, gdy tak pięknie się płoży albo gdzieś tam o framugę okna albo właśnie zwisa. Mega lubię te roślinę.

    Kolejna rzecz.

    Wreszcie po bardzo długich poszukiwaniach po całych internetach i po porównaniu ogromu danych technicznych, porównania tego jak one wyglądają, jak one działają, jakie tam mają cechy, wreszcie wybrałam odpowiedni przyczepko-wózek dla mojej piesełki kochanej. Ona jest owczarkiem niemieckim, jest duża i okazało się, że wcale nie jest łatwo znaleźć cokolwiek dla tak dużego psa.

    Co prawda wagowo wszystko by się mogło zgadzać w wielu przyczepkach takich, czy tam przyczepko-wózkach, bo na tym mi najbardziej zależało, żeby z tym móc i chodzić, i biegać, i jeździć na rowerze. I okazuje się, że prędzej bym znalazła odpowiedni przyczepko-wózek dla wagi, ale nie dla jej rozmiarów. I wychodziłoby na to, że do takich przyczepek weszłyby spokojnie pieski średnie z ogromną nadwagą, ale nie piesek duży z normalną wagą. To jest bardzo interesujące.

    Ale w końcu znalazłam, przyjechała, poskładałam, tutaj pracowałyśmy z Niunią nad tym, żeby się przekonała do tego wózka, żeby w ogóle zechciała tam wchodzić… troszkę zabawy z tym było… Ale dziewczyna pojętna – szybko pojęła, że to nie jest nic strasznego, tylko wsparcie na długich spacerach, gdy ona już się zmęczy. Bo to już nie jest młody pieseczek i nie chcę jej forsować, gdy ja potrzebuję dłuższego spaceru. A też chciałabym, żeby mogła mi towarzyszyć, no bo czemu nie? Owczarki niemieckie bardzo cenią sobie i potrzebują interakcji ze swoim opiekunem. Tak, że w sumie wilk syty – owca cała. Ona sobie będzie chodziła tyle, ile może, ja sobie będę chodziła tyle, ile będę chciała, a jak ona się zmęczy to ma odpoczynek. Super, wszyscy zadowoleni.

    Oczywiście z czasem gdy już zacznę jeździć na rowerze, bo już też mi wolno (ale wiadomo, moja kondycja w tej chwili leży i kwiczy), jak nadrobię trochę kondycję, to Niunia będzie mi też towarzyszyła w przyczepce na rowerze – po prostu. Myślę, że warto było akurat tak wybrać jak wybrałam. Jestem bardzo zadowolona. Jakkolwiek przed zakupem łączność telefoniczna ze sklepem, z panem ze sklepu i potrzebowałam wszystkich wymiarów, dokładnie. Biegałam tutaj z miarką, żeby sprawdzić, czy tym wózkiem później spokojnie wyjedziemy, wymanewrujemy z mieszkania na korytarz, jak się będzie manewrowało na korytarzu, czy zmieścimy się w windzie, czy wyjedziemy przez drzwi wyjściowe z klatki. No i okazało się, że wszystko jest w porządku.

    Na styk!
    [śmiech]
    Na styk.

    Jestem bardzo zadowolona póki co. Być może kiedyś zrobię jakiś film na temat tej przyczepki, jak już troszeczkę bardziej ją potestuję. Być może wtedy, kiedy już zaczniemy jeździć na rowerze. A Lila w swojej przyczepce, zwanej karocą. Przyczepkę nazwałam karocą dla Jej Czujności Lili. Tak, że będzie sobie jeździć po królewsku.

    Okej. No… to w sumie chyba dzisiaj to na tyle. Jeśli macie ochotę dowiadywać się o kolejnych filmach, to koniecznie zasubskrybujcie i naciśnijcie dzwoneczek, żeby was powiadamiało faktycznie. Aczkolwiek YouTube, z tego co wiem, robi różne brzydkie niespodzianki pod tym względem. No algorytmy już szaleją. Chyba nikt nad tym nie panuje. [śmiech]

    Trudno.

    Jeśli masz ochotę, polajkuj, podziel się swoją myślą pod tym filmem w komentarzach. Będzie mi bardzo miło.

    A tymczasem mam nadzieję, że najtrudniejsze już mam za sobą. Teraz będę mogła być aktywna, ćwiczyć, biegać….

    Już nawet byłam biegać.
    Tak, tak biegałam.
    A właściwie to to był marszo-trucht.

    Ale było fantastycznie, cudownie było. Tak, że jestem cała szczęśliwa [śmiech] Nareszcie, nareszcie wypracowałam to sobie. Wyleżałam cierpliwie i jestem dumna z siebie i wdzięczna mojemu fizjoterapeucie. Naprawdę [westchnienie] napracował się ze mną… Napracował się. No i teraz do aktywności [wchodzi muzyka], do zajęć, do roboty.

    No i zobaczymy, co się będzie przytrafiać nam znowu… po drodze.
    Pa!

  • Majowo – #s01e02

    Majowo – #s01e02

    Rozdziały w filmie:

    0:00 Witanko i przedstawianko
    1:00 Gangi gołębi na drogach
    2:14 Docieramy do lasu
    2:28 Pasy bezpieczeństwa dla psa
    3:01 Spacer po lesie z Lilą
    3:30 Crush Lilci
    4:27 Wrażenia ze spaceru, spotkania z łanią i innym owczarkiem
    7:17 Start prawdziwej, ciepłej Majówki 2026
    7:43 Będę pływać, ale…
    9:30 Moje urodziny – kończę 46 lat
    9:58 Urodzinowy spacer z Lilą
    11:12 Wspaniałe przyjaźnie z dawnych czasów
    13:03 Spóźniony rezonans
    13:25 Między spacerami, basenem i lekkimi ćwiczeniami, placyk street workout
    14:42 Wieczorne koncerty ptasie
    15:08 Zakończenie

    Transkrypcja odcinka:

    (początek-zajawka)

    Maj..
    Piękny miesiąc – mój ulubiony. Zaczął się chłodem i – jak widać na załączonym obrazku – trzeba było się porządnie zapakować w zimową kurtkę.

    To akurat 1 maja, godzina 7:00 rano, a my już w drodze do lasu, w wersji totalnie zaspanej, całkowicie sote. No i w kadrze z perspektywy zawsze niesprzyjającej wizerunkowi, głównie mojemu. Piesa zawsze wygląda świetnie.

    Jestem Ania, na tylnej kanapie króluje Jej Czujność Lila, a to jest kanał „Po Drodze”. O tym, co nas spotyka w życiu – właśnie po drodze. Dziś będzie bardziej forma vlogowa niż gadająca głowa moja własna.

    Zapraszam.

    [muzyka]

    [plansze tytułowe]
    „Po Drodze”
    …by Anna

    [cichnie muzyka, w tle słychać pracę silnika samochodu]

    Strasznie dużo gołębi łazi po ulicy sobie. Chodzą sobie jak kury i wyglądają jak nieloty. Po prostu… naprawdę trudno jest manewrować między nimi, żeby któregoś nie przejechać. No i znowu cała ekipa.

    Ojej. No fajnie gołąb, ale idź sobie. No… No!

    A ten gościu za mną pewnie już się wkurza. No ale cóż, utorowałam mu drogę przez gangi gołębi, chodzące beztrosko po ulicy, po asfalcie. A tutaj jeden przejechany. Ojej, ojej… Ktoś chyba nie był taki miły jak ja.

    No a tu znowu gołębie. Normalnie wieś – tylko że zamiast kur gołębie chodzą

    Mmmm… coraz zieleniej… mmmm…
    W sumie powinno być bardziej, bo już jest 1 maja.

    No to dotarłyśmy sobie.
    Czekaj Niusia…
    Czekaj, czekaj serduszko zaraz cię wypnę… i zapnę.

    Lilcia na co dzień jeździ w pasach bezpieczeństwa, a właściwie w pasie bezpieczeństwa – takim dla piesków, który przypina się do szelek. Koniecznie muszą być szelki, bo do obroży – no można by było udusić swojego ukochanego pieska w razie hamowania.

    [muzyka i widoki z lasu]

    Twój kolega spotkany na spacerze. Przepiękny owczarek. Przepiękny…

    No tak. Niunia była ewidentnie zainteresowana kolegą. Ach, jak tam wyglądała i wyglądała. Ach, jak pilnowała. No tak, gdyby tylko mogła, pomachałaby na pożegnanie ogonem.

    Dzisiaj miałyśmy bardzo wczesny spacerek po lesie już o 7:00. Przepięknie, przepięknie śpiewały ptaki i nagle z zarośli wyskoczyła przepiękna łania. Przebiegła bardzo blisko nas, zatrzymała się na chwilę, spojrzała na nas i wtedy myśmy poszły w drugą stronę, a ona pobiegła sobie dalej. Zastanawiam się, czy nie miała gdzieś maleństwa, od którego próbowała po prostu odciągnąć uwagę, biegnąc tak blisko nas. Więc już później po drodze przestrzegałam osoby, które miały puszczone luzem pieski. Bo za psa nigdy nie można być pewnym tak do końca. Jednak to my wchodzimy do domu leśnych zwierząt. Powinniśmy się jednak umieć zachować. Moja Niunia zawsze chodzi na 10-metrowej linie, dla bezpieczeństwa wszystkich leśnych zwierzątek. No i oczywiście jej.

    Spotkałyśmy też pana z przepięknym, przepięknym owczarkiem niemieckim. Identyko jak Niunia, tylko trochę większy i bardziej niedźwiedziowaty. No wiadomo, jak to samiec. Przepięknie ułożony.

    Dziś w lesie same niesamowitości, ale przede wszystkim ten spokój i względna pustka. W późniejszych porach naprawdę tam jest dużo więcej ludzi. To jest w sumie park, ale ja chodzę bocznymi ścieżkami i tam już jest sytuacja bardziej jak w lesie, więc dzisiaj postanowiłam zabrać Niunię zaraz po obudzeniu się, z samego rana.

    A tu taka niespodzianka, piękna łania.
    Oko w oko z łanią…

    Aczkolwiek tu trzeba być bardzo ostrożnym, bo jeśli ona miała młode, od którego ewentualnie odciągała uwagę, to mogłaby być nawet agresywna, myślę.

    Od tego momentu wreszcie zaczęło się robić coraz cieplej. Ostatecznie cały weekend był wręcz gorący, słoneczny, przepiękny. A ja w tym momencie miałam przed sobą aż sześć wolnych dni.

    Właśnie byłam w pewnym sklepie sportowym, dużym, wielkopowierzchniowym, żeby sobie kupić taką deskę do pływania. Aktualnie jedyną metodą, jaką ewentualnie mogę pływać, to jest tak, że poruszając tylko przodem lub poruszając tylko tyłem. Poruszając tylko rękami lub poruszając tylko tylko nogami, żeby nie poruszać wszystkim na raz, żeby unikać tych ruchów skrętnych. Tak więc mój fizjoterapeuta wymyślił mi metodę, jak ewentualnie to ograć i w związku z tym sobie kupiłam właśnie taką taką deseczkę. Żeby móc sobie po prostu ją przytrzymywać rękami i płynąć, używając tylko nóg. I w ten sposób będę mogła pójść sobie na legalu na basen. Tak że tak… jak zwykle potrzeba matką wynalazku.

    No i… przetestowałam, niezwłocznie, tego samego dnia.
    I to był absolutny strzał w dziesiątkę.
    Po tylu tygodniach leżenia, nareszcie poczułam się wolna. Nareszcie poczułam się lekko. Poczułam, że nie walczę z ciałem. To było cudowne. A co na to mój kręgosłup? Zobaczymy za parę dni.

    Niedługo później przyszły moje urodziny.
    Czterdzieste szóste.
    Hmmm…. Chyba zacznę chętniej obchodzić swoje imieniny…

    Po pracowitym dniu poszłyśmy sobie z Lilą do lasu na urodzinowy spacer.

    [zwraca się do psa]
    Serduszko! Niuś?

    [powrót do samochodu, zwraca się do psa]
    Co tam, Serduszko? Zadowolona? Zadowolona ze spacerku? Tak? Dwa małe pieski, tak, były?

    [podśpiewuje sobie]
    „♫♪…Jakby nigdy nic, kolejna jesień mija
    jakby nigdy nic – życie ucieka.
    Jakby nigdy nic, robię dobrą minę do złej gry
    i z nadzieją na jutro czekam…♪♫”

    „Ballada na urodziny”… Stare Dobre Małżeństwo.

    A dziś skończyłam 46 lat, a właściwie 46 wiosen.

    Spotkałam koleżankę z mojej starej, wspaniałej Ekipy. Powspominałyśmy, jak nas te przyjaźnie ekipowe „rozbestwiły” w kontekście jakości przyjaźni. Dziś już nie ma takich przyjaźni. A przynajmniej ja nie potrafię takich znaleźć. I każdą znajomość, każdą potencjalną przyjaźń – porównuje właśnie do tego, co mieliśmy w naszej dużej Ekipie, w której było mnóstwo ludzi i było miejsce dla każdego charakteru, dla każdego człowieka. Gdzie dbaliśmy o siebie nawzajem, troszczyliśmy się. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają.

    Doszłyśmy do wniosku, że miałyśmy ogromne, ogromne szczęście. Wszyscy mieliśmy ogromne szczęście, którzy w tej Ekipie byliśmy i zasmakowaliśmy przyjaźni takiej jakości. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek z kimkolwiek nawiążę taką przyjaźń. Chciałabym z kimś, z kim będę oczywiście spędzała czas na robieniu różnych rzeczy. Po prostu nam się drogi porozchodziły.

    No dorosłość… A może to właśnie dorosłość zabija wszystko? Chyba tak…

    Po urodzinach przyszedł czas zejść na ziemię, zrobić ten nieszczęsny rezonans, troszkę opóźniony, przełożony, bo w moim terminie, w którym miałam mieć ten rezonans, niestety urządzenie się zepsuło, przegrzało, było wtedy gorąco rzeczywiście.

    Ćwiczenia na placyku do Street Workout, mnóstwo spacerów. Odwiedziny na basenie, które sprawiają mi bardzo wiele radości – bo nie tylko pływam, ale również siedzę sobie w jacuzzi i dzięki temu mam bardzo przyjemny i w zasadzie taki rozluźniający masaż na te moje wszystkie obolałe miejsca.

    Placyk do Street Workout z kolei dostarcza mi takiego fajnego drążka. O, właśnie jak tutaj widać, który jest no odpowiedni do mojego nikłego wzrostu, więc mogę do niego dosięgnąć i coś tam sobie poćwiczyć. Robię też sporo ćwiczeń na macie takich wzmacniających. Na niektóre rzeczy już mi fizjoterapeuta pozwolił. No ale wszystko oczywiście musi być w granicach zdrowego rozsądku.

    Słyszycie ten śpiew ptaków?
    Coś pięknego…
    Można się rozpłynąć…

    Dziękuję za oglądanie. Jeśli podoba ci się to, co tutaj widzisz, słyszysz, jeśli pasuje do ciebie, do twojej energii – zasubskrybuj, polajkuj, skomentuj. Będzie mi bardzo miło. Stwórzmy sobie tutaj takie Comfort Zone i…

    Bądźmy uważni!
    … po drodze

  • Lekcja pokory – #s01e01

    Lekcja pokory – #s01e01

    Rozdziały w filmie:

    0:00 O czym w odcinku?
    0:36 Dlaczego nie doceniamy zdrowia?
    1:53 Mały rachunek sumienia
    3:39 Gdy ciało odmawia współpracy
    4:50 Moje ciało wystawiło mi rachunek za przeciążenia
    5:50 Jak trwoga…to do fizjoterapeuty
    6:06 Praca siedząca na stojąco?
    6:57 Poprawa stanu zdrowia i próba ogarnięcia życia
    8:07 Ostry nawrót
    9:56 Wdzięczność …mimo wszystko
    11:41 Refleksje z auta świeżo po konsultacji ortopedycznej
    16:45 Co dalej?
    17:07 Moja lekcja pokory od ciała
    18:39 Zaproszenie do podzielenia się przemyśleniami

    Transkrypcja odcinka:

    (początek-zajawka)
    Czy miałeś/(aś) kiedyś takie niezbyt przyjemne uczucie, że właściwie to nadajesz się tylko do demontażu i na złom?

    Ja ostatnio poczułam to mocniej niż kiedykolwiek.
    Dziś będzie o tym momencie, gdy nasze ciało ogłasza strajk i uczy użytkownika tego ciała pokory.

    Zostań ze mną!

    [muzyka]

    [plansze tytułowe]
    „Po Drodze”
    …by Anna

    [cichnie muzyka]

    Cześć! Jestem Ania i dzisiaj chodzi za mną pewna myśl.
    Jak to jest, że człowiek na co dzień kompletnie nie dostrzega faktu i nie docenia tego, że może poruszyć ręką, ruszyć nogą, chodzić, biegać, skakać, robić różne rzeczy?

    A nawet… przeciążać się na treningach?
    Nawet przesiadywać długie godziny przy pracy kompletnie bez przerwy?
    Może siedzieć w niewłaściwy sposób i pochylać się przy laptopie?
    Wręcz może przyjmować bardzo fikuśne pozycje podczas scrollowania telefonu?

    Jak to jest?

    Dziś, kiedy wiemy coraz więcej o ergonomii wykonywania różnych czynności, mamy możliwość wprowadzania tych zasad, tej wiedzy w swoje życie, w swoją codzienność, do wszystkiego, co robimy.

    I powinniśmy to chyba robić, prawda?

    Prawda?..

    No więc (wiem, że się nie zaczyna od „no więc), ale – no więc – jeśli już miałam tyle czasu na przemyślenia w pozycji leżącej, to pozwólcie, że zrobię sobie mały rachunek sumienia.

    Ile razy obiecywałam sobie, że będę robić sobie przerwy w pracy, a zapominałam o tym, gdy wpadałam w to cudowne, mityczne „flow” i tak dobrze mi się pracowało w takim pełnym skupieniu – zapominałam o całym świecie i nagle okazywało się, że minęło nie pół godziny, ale na przykład 5 godzin?

    Ile razy obiecywałam sobie nastawiać budzik przy pracy, żeby dzwonił co godzinę i przypominał mi, że ja sobie obiecałam, że będę wtedy podnosić swoje czcigodne cztery litery krzesła i pójdę przebiec się po schodach te trzy piętra na dół i z powrotem?

    Ile razy nie słuchałam mojego organizmu i szłam na kolejny trening, mimo że po poprzednim treningu wysyłał mi informacje: „Boli mnie. Odpocznij. Daj mi czas!”?

    Organizm jest niesamowity. Będzie za nas nadrabiał bardzo długo. Tam gdzie mięśnie są zbyt przemęczone, tam gdzie mięśnie są zbyt osłabione, ale do czasu.

    Kiedyś powie „stop”.

    I mnie właśnie w ostatnim czasie powiedział „stop” – i to bardzo dobitnie.

    Tak, dokładnie tak. Ten mądry organizm, gdy człowiek przeholuje, ma możliwość położenia człowieka plackiem.

    Ta myśląca zawartość fizycznego ciała zawsze by chciała wycisnąć więcej, wytrzymać dłużej, dać radę.

    Jeszcze tylko dzisiaj…
    Jeszcze tylko jutro…
    Znowu muszę zrobić nadgodziny, bo coś wyskoczyło w pracy.
    Znowu chcę iść na ten trening, bo… bo tam jest fajnie, bo tacy fajni ludzie i w ogóle jest uroczo.
    Co tam, że boli! – Przejdzie, nie?
    No czasem nie.

    Od grudnia mam na tapecie pewien temat przeciążenia. I zamiast od razu zaprzestać wykonywania tej aktywności, która mnie przeciążała w tym konkretnym miejscu, niestety nie zaprzestałam. Bo założyłam, że samo przejdzie. Nic bardziej mylnego.

    Ból nie przeszedł, ale nawracał. I jakieś pięć tygodni temu wylądowałam u swojego fizjoterapeuty, bo ten ból już był nasilający się i już za długo to trwało. Ja już byłam zmęczona tym bólem.

    Od fizjoterapeuty wyszłam z zaleceniami, że mogę tylko leżeć, okresowo stać i w granicach rozsądku chodzić, spacerować. I to wszystko.

    A ja mam pracę siedzącą.

    Ale jeśli już nie da się przy tej pracy wysiedzieć, to potrzeba matką wynalazku. Udało mi się podnieść blat jednego ze stołów na tyle, że przy moim wzroście wystarczyło, żeby zamienić pracę siedzącą – na stojącą. I zastanawiałam się, jak ja się teraz przyzwyczaję i dam radę skupić, bo jednak przez całe życie od dziecka jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że gdy robimy jakieś rzeczy wymagające skupienia, precyzyjne, to jednak siedzimy.

    Ale spoiler: dało się.
    Dało się!

    Potrzeba matką wynalazków.

    No i tak wyleżałam te trzy tygodnie grzecznie, wystałam przy pracy (fajnie, że mogłam ją wykonywać) i przed wizytą kontrolną u fizjoterapeuty już było lepiej, nastąpił przełom, to sobie pomyślałam: „troszkę mogę zobaczyć, czy już mogę coś w domu zrobić”. Więc ogarnęłam psa, ogarnęłam sobie dom, który również jest moim miejscem pracy, więc przez te trzy tygodnie nikt tutaj nie sprzątał. A piesia moja kochana jest suczką długowłosą owczarka niemieckiego, więc jej między palcami, przy poduszkach łap, wyrastają taka długa sierść, którą trzeba przycinać – bo inaczej traci przyczepność. Oraz ma bardzo, bardzo twarde pazury, które – niestety – samoistnie nie spiłowują się o beton ani o asfalt – i ja to muszę przycinać.

    No i musiałam to zrobić, bo za chwilę i ona by miała jakieś problemy z układem ruchu, nie tylko ja.

    No i… no i cóż.

    I na początku była cisza.
    Przed burzą.

    Bo po tym miałam taki nawrót, że myślałam, że się nie pozbieram.

    Szczęśliwie w tym dniu, kiedy dopadł mnie ten nawrót – bardzo ostry – miałam już umówioną wizytę u fizjoterapeuty. Miałam ogromny problem z jakimkolwiek poruszaniem się. Po prostu byłam zablokowana. Potrzebowałam podpierać się, żeby jako tako się poruszać. A że nie miałam na podorędziu żadnej laski, to w roli laski wystąpił kijek do nordic walking.

    Po interwencji fizjoterapeuty poprawiało się z dnia na dzień i po kilku dniach już byłam w stanie chodzić bez podparcia i nawet założyć skarpetkę, buta, albo spodnie – bez kombinacji alpejskich.

    Jak my totalnie tego nie doceniamy… Serio.

    Ale w tym momencie już wiedziałam, że bez dodatkowej diagnostyki i konsultacji u ortopedy – no nie da się. Oczywiście wszystko prywatnie, bo nie ma czasu do stracenia, nie chcę już z tym zwlekać.

    I wiesz co?
    I i tak jestem wdzięczna.

    Jestem wdzięczna za to, że nie leżę w szpitalu.
    Że nie czekam na żadną operację.
    Że w tym dniu, w którym mi się tak pogorszyło, miałam już umówioną wizytę u mojego fizjoterapeuty, który od razu mógł mi jakoś pomóc i ulżyć.
    Że po jego interwencji mogłam po kilku dniach już zacząć chodzić bez wsparcia na kijku i założyć skarpetkę.
    Że w ogóle sobie jakoś poradziłam.
    Że mam możliwość pracy na stojąco.
    Że moja piesia jest na tyle ułożona, że chodzi na luźnej smyczy, a gdy widziała mnie taką – zwierzęta rozumieją – z totalną uważnością patrzyła na mnie i dostosowywała swój krok do mojego ledwie kuśtykania o laseczce.

    I to było niesamowite.

    Jestem też wdzięczna za to, że zanim już przyszedł termin wizyty u ortopedy, byłam już w stanie tam pójść o własnych siłach, prawie nie kuśtykając. Skracając jeszcze trochę krok, bo jednak tam boli piecze i jest duży dyskomfort, ale to już nie jest to samo.

    Tak, jestem wdzięczna.

    Refleksje na świeżo po konsultacji ortopedycznej

    Od czego by tu zacząć?..
    Jestem po konsultacji u lekarza ortopedy.
    No i mam trochę mieszane uczucia.

    Z jednej strony trochę ulgi, bo nie jest gorzej niż myślałam, a z drugiej strony takie poczucie, że długa droga przede mną, żeby ustabilizować się, cały swój gorset mięśniowy, który trzyma to wszystko w kupie i pozwala nam jakoś sensownie funkcjonować. Niestety przez ostatnie miesiące gdzieś utraciłam ten balans w treningach, w pracy prawą i lewą stroną swojego ciała.

    Jak ja mogłam sobie to zrobić?…
    Nie wiem…
    Nie wiem, ale wiem jedno: gdyby głupota miała skrzydła, latałabym jak gołębica.
    Stara, a głupia…

    W zasadzie potwierdził trochę to, co sobie myślałam, że dobrze, że nie ma gorzej i że mam szczęście, że tak nie zostałam na przykład w pół, ale naprawdę przeholowałam. Naprawdę przeholowałam i nie jestem z tego dumna. Kto jak kto, ale ja powinnam wiedzieć. Nie od dziś trenuję.

    A wracając do wizyty u lekarza, trochę mi się tak zrobiło dziwnie, bo uświadomił mi jedną w sumie oczywistą oczywistość, że jak nie będę o ten kręgosłup dbała, to się może po prostu skończyć wózkiem inwalidzkim. Tego to nikt by nie chciał raczej… tak myślę.

    [parkuje samochód] A tam sobie stanę jeszcze trochę dalej. Cyk. Mamy to. Jeeej!

    [wraca do wątku]
    No nic, to lecę na małe zakupy. Do apteki, bo mam wypisany lek przeciw… w sumie to nie przeciwbólowy. Zwiotczający lekko. Niestety dużą część problemu stanowią pospinane mięśnie wokół kręgosłupa. Dlatego właśnie będzie wzmacniany ten gorset mięśniowy, tak zwany „core”. Modne słowo, częste słowo. Ale nad tym będę pewnie pracowała z moim fizjoterapeutą, a właściwie to fizjoterapeuta mi wszystko dokładnie pokaże co i jak. O ile już będę mogła. Bo na razie to jeszcze leżanko, ale jak już tylko będę mogła, to pewnie rozpocznę jakieś ćwiczenia, które mnie będą powoli, sukcesywnie stabilizować w swoim własnym ciele.

    Już na pewno nie zrobię sobie czegoś takiego, żeby tak długo poddawać się treningowi jednostronnemu, gdzie godzinami ćwiczy się jeden element i jeszcze robi się zatrzymania w dziwnych fazach tego ruchu.

    Miałam fantastyczną grupę. Bardzo lubiłam ludzi i bardzo dobrze mi to robiło na głowę. Ale niestety, bardzo źle na układ ruchu. Nigdy więcej sobie tego nie zrobię. I to sobie samej obiecuję. Tak. Moje kochane ciałko, będę o ciebie dbać.

    No to lecę.

    Teraz już wiem, że mnie czeka i diagnostyka obrazowa, i konsultacje dalsze u specjalistów, i dłuższa rehabilitacja. Żeby to wszystko ustabilizować w sobie, żeby przywrócić sobie możliwość normalnego funkcjonowania.

    Natomiast rzeczywiście moje ciało sprowadziło mnie do parteru i zrobiło mi niesamowitą lekcję pokory wobec tego, że jest w stanie wiele znieść – ale nie wszystko. Że muszę o to ciało zadbać i to jest mój obowiązek wobec tego ciała.

    Moje ciało dało mi przymusowy czas do refleksji.
    Nad tym, że nie jestem „nie do zdarcia”. O nie…
    Że nie jestem coraz młodsza i sprawniejsza
    Że powinnam dbać o równowagę, jeżeli chodzi o ruch, siedzenie, odpoczywanie, cokolwiek robię, jakiekolwiek aktywności wykonuję i czegokolwiek się nie podejmuje.
    I dodatkowo, że ból to jest bardzo ważny i cenny sygnał z ciała: że coś jest nie tak, że trzeba przystopować, że trzeba się temu przyjrzeć, co się takiego zrobiło tej swojej ziemskiej powłoce, że ją boli.

    Już dawno temu, lata temu usłyszałam takie zdanie od mojego poprzedniego fizjoterapeuty, że „wszystko można, ale do granicy bólu”.

    Czy człowiek o tym zawsze pamięta?
    No nie…

    A czy Ty, droga oglądaczko, drogi oglądaczu, słuchaczko, słuchaczu, odważysz się zrobić taki rachunek sumienia?

    A może życie i tobie dało lekcje pokory?

    Podziel się w komentarzu swoimi przemyśleniami. Nie tylko ze mną, ale ale z każdym, kto przyjdzie tutaj, będzie słuchał, czytał komentarze.

    Być może ten ktoś przeżywa coś podobnego lub przeżywał coś podobnego i będzie mógł się utożsamić.

    Proszę tylko, żebyśmy byli dla siebie nawzajem życzliwi i łagodni w komentarzach – o to tylko proszę.

    Jeśli podoba ci się to, co tutaj widzisz, słyszysz, proszę – zasubskrybuj kanał, wciśnij dzwoneczek z powiadomieniami o nowych odcinkach, żeby niczego nie przegapić. Podziel się w komentarzu swoimi przemyśleniami. Zostaw polubienie oraz…

    Bądźmy uważni!
    …po drodze 🙂

    Pa!

  • Pilot – #s01e00

    Pilot – #s01e00

    Rozdziały w filmie:

    0:00 Lecimy?
    0:33 Witam się i przedstawiam
    1:09 Uczenie się mówienia do kamery
    1:35 Wstawka – z psem przy samochodzie
    1:50 Kompatybilność ludzi jest ważna
    2:30 Jaka będzie tematyka kanału i skąd nazwa „Po Drodze”?
    4:18 Przerywnik – gadam do psa 🙂
    4:43 Zaproszenie do pozostania ze mną

    Transkrypcja odcinka:

    [w samochodzie]
    To co, lecimy? Myślę, że lecimy, nie?
    Co Niunia, do którego lasu jedziemy?
    Dobra, na prawo…
    [podśpiewuje] „…♫♪ na prawo most, na lewo most ♪♫..”

    [muzyka]

    [plansze tytułowe]
    „Po Drodze”
    …by Anna

    Cześć! Jestem Ania i jestem w drodze.
    W drodze przez życie.
    A ta droga moja przez życie trwa już 45 lat.
    Kawał czasu za mną… ile przede mną? Któż to wie?
    Może lepiej nie znać takich szczegółów.
    O tyle człowiek spokojniejszy.

    Postanowiłam stworzyć ten kanał i zacząć nagrywać filmy trochę dla siebie, jako wyzwanie dla siebie.
    [cichnie muzyka]
    Żeby wreszcie przełamać się w mówieniu do kamery, bo nigdy tego nie umiałam robić i jestem mega zestresowana i bardzo liczę na waszą wyrozumiałość w tym względzie.

    [kadr z samochodu, zwraca się do psa]
    Hopaaaa!…
    Supeeer! Pięęęęknie…
    Zapinamy.. tak, zapinamy… odpinamy…
    Ślicznie, Niusia.
    Ogonczek…

    [powrót do wątku]
    Jeśli gdzieś tam, po drugiej stronie łącza, ekranu jesteś Ty i czujesz, że mój vibe, moja energia jest kompatybilna z twoją, jest komfortowa dla ciebie, to tym bardziej będzie mi miło.

    O czym będzie ten kanał?
    O życiu. O tym, co nas spotyka po drodze. I stąd właśnie nazwa kanału – „Po Drodze”.
    A co po drodze? – to co wszędzie. Ludzie, sytuacje, blaski, cienie, radości, smutki. Czasem lądujemy twarzyczką na betonie i tak szorujemy przez jakiś czas, żeby później znów spróbować znaleźć siły, żeby się podnieść, otrzepać z kurzu i iść naprzód.

    Wszyscy dzielimy ten sam rodzaj doświadczeń – i to nas łączy.

    Jestem zupełnie zwyczajna. Jak widać na załączonym obrazku – zupełnie nieinstagramowa, więc i filmy będą o zwyczajnym, normalnym życiu i o normalnych życiowych sprawach. Codziennych. I być może ta moja nieinstagramowość pomoże mi troszkę w czasach zalewu tworów sztucznej pseudointeligencji, do przekonania Ciebie, Was i Boskich Algorytmów YouTube’a, że jednak jestem prawdziwym człowiekiem, a nie kolejnym tworem AI, który gada do kamery i wygląda jak człowiek.

    Jeśli masz chęć…

    [przerywa i zwraca się do psa poza kamerą]
    [napis w tle: tak, jestem z tych co konwersują z psem]
    …co Niunia? No ja wiem. Śniadanka jeszcze nie było… A nie, ty miałaś śniadanko, ja nie miałam śniadanka. Nooo… Bo sobie powiedziałam: „Ania, dopóki nie nagrasz tego, to nie dostaniesz śniadanka” [śmiech].
    [zwraca się do kamery]
    To się nazywa motywowanie samej siebie – nie zjesz śniadanka, dopóki nie zrobisz nagrania, hellooo…
    Dobra…

    [plansza z napisem: spróbujmy jeszcze raz ]

    [wraca do wypowiedzi głównej]
    Jeśli masz chęć – zostań ze mną. Zasubskrybuj kanał, zostaw łapkę w górę.
    [wchodzi muzyka w tle]
    Może naciśnij dzwoneczek, żeby przychodziły Ci powiadomienia o nowych filmach na tym kanale?
    Może skusisz się na pozostawienie śladu w komentarzu? – Na przykład wpisując w komentarzu frazę: „Po Drodze”? Czemu nie? Jak się na to zapatrujesz? [śmiech] Będzie mi bardzo miło.

    A tymczasem…

    Do następnego!
    I… bądźmy uważni – po drodze.