Lekcja pokory – #s01e01

Autor:

w kategorii:

Rozdziały w filmie:

0:00 O czym w odcinku?
0:36 Dlaczego nie doceniamy zdrowia?
1:53 Mały rachunek sumienia
3:39 Gdy ciało odmawia współpracy
4:50 Moje ciało wystawiło mi rachunek za przeciążenia
5:50 Jak trwoga…to do fizjoterapeuty
6:06 Praca siedząca na stojąco?
6:57 Poprawa stanu zdrowia i próba ogarnięcia życia
8:07 Ostry nawrót
9:56 Wdzięczność …mimo wszystko
11:41 Refleksje z auta świeżo po konsultacji ortopedycznej
16:45 Co dalej?
17:07 Moja lekcja pokory od ciała
18:39 Zaproszenie do podzielenia się przemyśleniami

Transkrypcja odcinka:

(początek-zajawka)
Czy miałeś/(aś) kiedyś takie niezbyt przyjemne uczucie, że właściwie to nadajesz się tylko do demontażu i na złom?

Ja ostatnio poczułam to mocniej niż kiedykolwiek.
Dziś będzie o tym momencie, gdy nasze ciało ogłasza strajk i uczy użytkownika tego ciała pokory.

Zostań ze mną!

[muzyka]

[plansze tytułowe]
„Po Drodze”
…by Anna

[cichnie muzyka]

Cześć! Jestem Ania i dzisiaj chodzi za mną pewna myśl.
Jak to jest, że człowiek na co dzień kompletnie nie dostrzega faktu i nie docenia tego, że może poruszyć ręką, ruszyć nogą, chodzić, biegać, skakać, robić różne rzeczy?

A nawet… przeciążać się na treningach?
Nawet przesiadywać długie godziny przy pracy kompletnie bez przerwy?
Może siedzieć w niewłaściwy sposób i pochylać się przy laptopie?
Wręcz może przyjmować bardzo fikuśne pozycje podczas scrollowania telefonu?

Jak to jest?

Dziś, kiedy wiemy coraz więcej o ergonomii wykonywania różnych czynności, mamy możliwość wprowadzania tych zasad, tej wiedzy w swoje życie, w swoją codzienność, do wszystkiego, co robimy.

I powinniśmy to chyba robić, prawda?

Prawda?..

No więc (wiem, że się nie zaczyna od „no więc), ale – no więc – jeśli już miałam tyle czasu na przemyślenia w pozycji leżącej, to pozwólcie, że zrobię sobie mały rachunek sumienia.

Ile razy obiecywałam sobie, że będę robić sobie przerwy w pracy, a zapominałam o tym, gdy wpadałam w to cudowne, mityczne „flow” i tak dobrze mi się pracowało w takim pełnym skupieniu – zapominałam o całym świecie i nagle okazywało się, że minęło nie pół godziny, ale na przykład 5 godzin?

Ile razy obiecywałam sobie nastawiać budzik przy pracy, żeby dzwonił co godzinę i przypominał mi, że ja sobie obiecałam, że będę wtedy podnosić swoje czcigodne cztery litery krzesła i pójdę przebiec się po schodach te trzy piętra na dół i z powrotem?

Ile razy nie słuchałam mojego organizmu i szłam na kolejny trening, mimo że po poprzednim treningu wysyłał mi informacje: „Boli mnie. Odpocznij. Daj mi czas!”?

Organizm jest niesamowity. Będzie za nas nadrabiał bardzo długo. Tam gdzie mięśnie są zbyt przemęczone, tam gdzie mięśnie są zbyt osłabione, ale do czasu.

Kiedyś powie „stop”.

I mnie właśnie w ostatnim czasie powiedział „stop” – i to bardzo dobitnie.

Tak, dokładnie tak. Ten mądry organizm, gdy człowiek przeholuje, ma możliwość położenia człowieka plackiem.

Ta myśląca zawartość fizycznego ciała zawsze by chciała wycisnąć więcej, wytrzymać dłużej, dać radę.

Jeszcze tylko dzisiaj…
Jeszcze tylko jutro…
Znowu muszę zrobić nadgodziny, bo coś wyskoczyło w pracy.
Znowu chcę iść na ten trening, bo… bo tam jest fajnie, bo tacy fajni ludzie i w ogóle jest uroczo.
Co tam, że boli! – Przejdzie, nie?
No czasem nie.

Od grudnia mam na tapecie pewien temat przeciążenia. I zamiast od razu zaprzestać wykonywania tej aktywności, która mnie przeciążała w tym konkretnym miejscu, niestety nie zaprzestałam. Bo założyłam, że samo przejdzie. Nic bardziej mylnego.

Ból nie przeszedł, ale nawracał. I jakieś pięć tygodni temu wylądowałam u swojego fizjoterapeuty, bo ten ból już był nasilający się i już za długo to trwało. Ja już byłam zmęczona tym bólem.

Od fizjoterapeuty wyszłam z zaleceniami, że mogę tylko leżeć, okresowo stać i w granicach rozsądku chodzić, spacerować. I to wszystko.

A ja mam pracę siedzącą.

Ale jeśli już nie da się przy tej pracy wysiedzieć, to potrzeba matką wynalazku. Udało mi się podnieść blat jednego ze stołów na tyle, że przy moim wzroście wystarczyło, żeby zamienić pracę siedzącą – na stojącą. I zastanawiałam się, jak ja się teraz przyzwyczaję i dam radę skupić, bo jednak przez całe życie od dziecka jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że gdy robimy jakieś rzeczy wymagające skupienia, precyzyjne, to jednak siedzimy.

Ale spoiler: dało się.
Dało się!

Potrzeba matką wynalazków.

No i tak wyleżałam te trzy tygodnie grzecznie, wystałam przy pracy (fajnie, że mogłam ją wykonywać) i przed wizytą kontrolną u fizjoterapeuty już było lepiej, nastąpił przełom, to sobie pomyślałam: „troszkę mogę zobaczyć, czy już mogę coś w domu zrobić”. Więc ogarnęłam psa, ogarnęłam sobie dom, który również jest moim miejscem pracy, więc przez te trzy tygodnie nikt tutaj nie sprzątał. A piesia moja kochana jest suczką długowłosą owczarka niemieckiego, więc jej między palcami, przy poduszkach łap, wyrastają taka długa sierść, którą trzeba przycinać – bo inaczej traci przyczepność. Oraz ma bardzo, bardzo twarde pazury, które – niestety – samoistnie nie spiłowują się o beton ani o asfalt – i ja to muszę przycinać.

No i musiałam to zrobić, bo za chwilę i ona by miała jakieś problemy z układem ruchu, nie tylko ja.

No i… no i cóż.

I na początku była cisza.
Przed burzą.

Bo po tym miałam taki nawrót, że myślałam, że się nie pozbieram.

Szczęśliwie w tym dniu, kiedy dopadł mnie ten nawrót – bardzo ostry – miałam już umówioną wizytę u fizjoterapeuty. Miałam ogromny problem z jakimkolwiek poruszaniem się. Po prostu byłam zablokowana. Potrzebowałam podpierać się, żeby jako tako się poruszać. A że nie miałam na podorędziu żadnej laski, to w roli laski wystąpił kijek do nordic walking.

Po interwencji fizjoterapeuty poprawiało się z dnia na dzień i po kilku dniach już byłam w stanie chodzić bez podparcia i nawet założyć skarpetkę, buta, albo spodnie – bez kombinacji alpejskich.

Jak my totalnie tego nie doceniamy… Serio.

Ale w tym momencie już wiedziałam, że bez dodatkowej diagnostyki i konsultacji u ortopedy – no nie da się. Oczywiście wszystko prywatnie, bo nie ma czasu do stracenia, nie chcę już z tym zwlekać.

I wiesz co?
I i tak jestem wdzięczna.

Jestem wdzięczna za to, że nie leżę w szpitalu.
Że nie czekam na żadną operację.
Że w tym dniu, w którym mi się tak pogorszyło, miałam już umówioną wizytę u mojego fizjoterapeuty, który od razu mógł mi jakoś pomóc i ulżyć.
Że po jego interwencji mogłam po kilku dniach już zacząć chodzić bez wsparcia na kijku i założyć skarpetkę.
Że w ogóle sobie jakoś poradziłam.
Że mam możliwość pracy na stojąco.
Że moja piesia jest na tyle ułożona, że chodzi na luźnej smyczy, a gdy widziała mnie taką – zwierzęta rozumieją – z totalną uważnością patrzyła na mnie i dostosowywała swój krok do mojego ledwie kuśtykania o laseczce.

I to było niesamowite.

Jestem też wdzięczna za to, że zanim już przyszedł termin wizyty u ortopedy, byłam już w stanie tam pójść o własnych siłach, prawie nie kuśtykając. Skracając jeszcze trochę krok, bo jednak tam boli piecze i jest duży dyskomfort, ale to już nie jest to samo.

Tak, jestem wdzięczna.

Refleksje na świeżo po konsultacji ortopedycznej

Od czego by tu zacząć?..
Jestem po konsultacji u lekarza ortopedy.
No i mam trochę mieszane uczucia.

Z jednej strony trochę ulgi, bo nie jest gorzej niż myślałam, a z drugiej strony takie poczucie, że długa droga przede mną, żeby ustabilizować się, cały swój gorset mięśniowy, który trzyma to wszystko w kupie i pozwala nam jakoś sensownie funkcjonować. Niestety przez ostatnie miesiące gdzieś utraciłam ten balans w treningach, w pracy prawą i lewą stroną swojego ciała.

Jak ja mogłam sobie to zrobić?…
Nie wiem…
Nie wiem, ale wiem jedno: gdyby głupota miała skrzydła, latałabym jak gołębica.
Stara, a głupia…

W zasadzie potwierdził trochę to, co sobie myślałam, że dobrze, że nie ma gorzej i że mam szczęście, że tak nie zostałam na przykład w pół, ale naprawdę przeholowałam. Naprawdę przeholowałam i nie jestem z tego dumna. Kto jak kto, ale ja powinnam wiedzieć. Nie od dziś trenuję.

A wracając do wizyty u lekarza, trochę mi się tak zrobiło dziwnie, bo uświadomił mi jedną w sumie oczywistą oczywistość, że jak nie będę o ten kręgosłup dbała, to się może po prostu skończyć wózkiem inwalidzkim. Tego to nikt by nie chciał raczej… tak myślę.

[parkuje samochód] A tam sobie stanę jeszcze trochę dalej. Cyk. Mamy to. Jeeej!

[wraca do wątku]
No nic, to lecę na małe zakupy. Do apteki, bo mam wypisany lek przeciw… w sumie to nie przeciwbólowy. Zwiotczający lekko. Niestety dużą część problemu stanowią pospinane mięśnie wokół kręgosłupa. Dlatego właśnie będzie wzmacniany ten gorset mięśniowy, tak zwany „core”. Modne słowo, częste słowo. Ale nad tym będę pewnie pracowała z moim fizjoterapeutą, a właściwie to fizjoterapeuta mi wszystko dokładnie pokaże co i jak. O ile już będę mogła. Bo na razie to jeszcze leżanko, ale jak już tylko będę mogła, to pewnie rozpocznę jakieś ćwiczenia, które mnie będą powoli, sukcesywnie stabilizować w swoim własnym ciele.

Już na pewno nie zrobię sobie czegoś takiego, żeby tak długo poddawać się treningowi jednostronnemu, gdzie godzinami ćwiczy się jeden element i jeszcze robi się zatrzymania w dziwnych fazach tego ruchu.

Miałam fantastyczną grupę. Bardzo lubiłam ludzi i bardzo dobrze mi to robiło na głowę. Ale niestety, bardzo źle na układ ruchu. Nigdy więcej sobie tego nie zrobię. I to sobie samej obiecuję. Tak. Moje kochane ciałko, będę o ciebie dbać.

No to lecę.

Teraz już wiem, że mnie czeka i diagnostyka obrazowa, i konsultacje dalsze u specjalistów, i dłuższa rehabilitacja. Żeby to wszystko ustabilizować w sobie, żeby przywrócić sobie możliwość normalnego funkcjonowania.

Natomiast rzeczywiście moje ciało sprowadziło mnie do parteru i zrobiło mi niesamowitą lekcję pokory wobec tego, że jest w stanie wiele znieść – ale nie wszystko. Że muszę o to ciało zadbać i to jest mój obowiązek wobec tego ciała.

Moje ciało dało mi przymusowy czas do refleksji.
Nad tym, że nie jestem „nie do zdarcia”. O nie…
Że nie jestem coraz młodsza i sprawniejsza
Że powinnam dbać o równowagę, jeżeli chodzi o ruch, siedzenie, odpoczywanie, cokolwiek robię, jakiekolwiek aktywności wykonuję i czegokolwiek się nie podejmuje.
I dodatkowo, że ból to jest bardzo ważny i cenny sygnał z ciała: że coś jest nie tak, że trzeba przystopować, że trzeba się temu przyjrzeć, co się takiego zrobiło tej swojej ziemskiej powłoce, że ją boli.

Już dawno temu, lata temu usłyszałam takie zdanie od mojego poprzedniego fizjoterapeuty, że „wszystko można, ale do granicy bólu”.

Czy człowiek o tym zawsze pamięta?
No nie…

A czy Ty, droga oglądaczko, drogi oglądaczu, słuchaczko, słuchaczu, odważysz się zrobić taki rachunek sumienia?

A może życie i tobie dało lekcje pokory?

Podziel się w komentarzu swoimi przemyśleniami. Nie tylko ze mną, ale ale z każdym, kto przyjdzie tutaj, będzie słuchał, czytał komentarze.

Być może ten ktoś przeżywa coś podobnego lub przeżywał coś podobnego i będzie mógł się utożsamić.

Proszę tylko, żebyśmy byli dla siebie nawzajem życzliwi i łagodni w komentarzach – o to tylko proszę.

Jeśli podoba ci się to, co tutaj widzisz, słyszysz, proszę – zasubskrybuj kanał, wciśnij dzwoneczek z powiadomieniami o nowych odcinkach, żeby niczego nie przegapić. Podziel się w komentarzu swoimi przemyśleniami. Zostaw polubienie oraz…

Bądźmy uważni!
…po drodze 🙂

Pa!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *